poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 19

- Zaczekaj! - krzyknęła przeraźliwie, próbując się wyrwać. - Co to za miejsce? Dlaczego się tak uśmiechasz? Przerażasz mnie... - jednak Moon nie odpowiedział tylko dalej ciągnął ją za sobą. Był dużo silniejszy od Morgany dlatego szło mu to z łatwością. W końcu weszli do środka. Wszędzie były poobdzierane ściany, na podłodze połamane płytki. Mimowolnie to miejsce spodobało się dziewczynie. Przestała się opierać i szła za chłopakiem rozglądając się.
- Podoba się? To dopiero początek. - zaśmiał się pod nosem.
Morgana wiedziała, że zaraz zobaczy coś, co na pewno zmrozi jej krew w żyłach... Nie wiedziała tylko, co to może być...
Chodzili po opuszczonej ruinie... Wszystko było bardzo poniszczone. Pozdzierana tapeta ze ścian, spróchniałe deski...Nastolatka przyglądała się wszystkiemu jak nieprzytomna. W pewnym momencie zauważyła schody. Coś jakby wewnętrznie ją zatrzymało. Ustała jak wryta.
- Chodź.- szepnął Moon, jednak ona nie zamierzała się ruszać. Chłopak wziął ją na ręce i pokonał schodki. Na ścianie naprzeciwko Morgana ujrzała rozchlapaną krew. Myślała, że dostanie zawału. Zaczęła machać nogami i rękoma, prosząc, żeby wracali. Nastolatek nie zwracał na to uwagi i szedł dalej. Na piętrze leżało dużo starych, podartych ubrań i wszędzie była krew. Podłoga skrzypiała, jakby miała się zaraz zawalić. Dziewczyna zastanawiała się cały czas, co to za miejsce? Dlaczego jest tu tyle krwi?  Wiedziała, że z każdym kolejnym piętrem będzie coraz gorzej. Chciała jak najszybciej się stamtąd wydostać, ale wciąż była w ramionach Moon'a. Dlaczego jej chłopak to robił? Doskonale wiedział, że bardzo się boi.
Znaleźli schody prowadzące na kolejne piętro. Nastolatek nie wszedł na nie, lecz zatrzymał się. Wypuścił Morganę i postawił na nogi.
- Teraz pójdziesz sama.- mruknął.
- Ale ja nie chcę tam iść! Boję się! Wracajmy! - protestowała.
- Boisz się? Boisz się chodzić po jakiejś starej ruinie, a nie bałaś się siedzieć nocą w lesie koło cmentarza? Proszę, nie rozśmieszaj mnie. - powiedział z ironią. Chwycił ją za rękę i pokonał pierwszy stopień czekając na swoją towarzyszkę.
Morgana uświadomiła sobie, że to, co mówi Moon jest prawdą. Zebrała w sobie odwagę i ruszyła. Na kolejnym piętrze z sufitu zwisały grube sznury z pętlami. Wszędzie była krew, podłoga skrzypiała, ale nastolatka starała się nie okazywać lęku. Przeszli przez to piętro i weszli na następne. Był to bardziej strych. Panował tam półmrok. Dziewczyna szła dalej, ale po chwili poczuła pociągnięcie ręki. Odwróciła się.
- Na pewno chcesz tam iść? - powiedział lekko przestraszony chłopak.- Nie sądziłem, że wytrwasz tak długo.
- Tak, chcę iść. Chodź. - pociągnęła go za rękę.
- Nie. Ja nie idę. Jeśli chcesz, idź sama. - pokręcił głową.
W Morganie wzrosła chęć zaimponowania Moon'owi. Poszła przed siebie skręcając trochę na prawo. Z tego, co widziała nie było tam nic ciekawego. Zwykły, trochę spróchniały strych. W pewnym momencie opadła ją zgraja nietoperzy. Zaczęła wrzeszczeć i uciekać przed siebie. Biegła nie patrząc pod nogi. Panicznie bała się nietoperzy. Gdy tak biegła wpadła na coś i się przewróciła. Leżała i tępo patrzyła w ciemność. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do mroku ujrzała przed sobą człowieka.... wiszącego na skórzanym pasku z oczami wybałuszonymi na wierzch, w których widać było przerażenie. Wstała i szybko uciekła w kierunku schodów.
- Chodź, szybko! Chodź! - ciągnęła Moon'a za sobą.
- Czekaj! Co tam jest?- opierał się.
- Potem Ci powiem! Uciekajmy, szybko! - zbiegli na sam dół i wybiegli z budynku. Szybko wsiedli na motor i wrócili do domu siedemnastolatki. Było już dosyć ciemno. Udali się do pokoju dziewczyny. Usiedli wygodnie na łóżku i zaczęli rozmawiać.
- No więc co tam było? Opowiadaj! - niecierpliwił się Moon.
- Z tego, co widziałam nie było tam nic ciekawego, ale w pewnym momencie opadły mnie nietoperze, których się strasznie boję. - zauważyła, że chłopak lekko się uśmiechnął.- Zaczęłam uciekać przed siebie. Wpadłam na coś. Nie widziałam, co to jest, ale po pewnym czasie zobaczyłam. Na skórzanym pasku wisiał przede mną jakiś człowiek. Miał otwarte oczy. Widać było w nich lęk. Czekaj, czekaj... Z jego oczami było coś nie tak... Jego tęczówka była jakby zamglona, niewyraźna... Normalne trupy tak chyba nie mają, co?- spojrzała na chłopaka. Miał otwarte usta i przestraszone oczy. Siedział tak chwilę, a potem wyszeptał tajemniczo:
- A więc to prawda...
- Co prawda? O co Ci chodzi? - pytała, ale musiała poczekać trochę na odpowiedź.
- Posłuchaj. Ten dom jest podobno nawiedzony. Zaprowadziłem Cię tam, bo wiedziałem, że lubisz takie klimaty. Dawno temu po mieście krążyła legenda o tym domu. Kiedyś była to piękna willa, jednak jej właściciele zbankrutowali i musieli się przenieść. Przez pewien czas dom stał pusty. Potem wprowadziła się tam jakaś babka, która podobno była czarownicą. Ludzie mówili, że wypuściła demona, bo chciała zdobyć władzę nad duszami ludzkimi, ale zjawa wymknęła się jej spod kontroli. Demon zabił najpierw ją, a potem każdego następnego mieszkańca domu. Ostatnimi lokatorami budynku był szeryf z żoną. Pani Zofia wkrótce umarła ze starości, a on mieszkał tam sam. Prawdopodobnie to na jego ciało wpadłaś. Zjawa miała charakterystyczny sposób zabijania. Najpierw oślepiała i odbierała zmysły, stąd zamglone oczy, a potem wieszała. To właśnie ten demon pozaczepiał tam te wszystkie sznury. - popatrzył tępo w ścianę.- Okazało się teraz, że to była prawda...
Morgana nie wiedziała, co ma powiedzieć. Siedziała przez chwilę cicho, a potem zapytała:
- Czy teraz nam coś grozi? Weszliśmy do domu demona bez pytania...- była przerażona.
- Nie wiem. Kochanie, tak bardzo przepraszam, ze Cię tam zabrałem. Myślałem, że to tylko głupie opowieści staruszków, którzy chcą postraszyć dzieci. - przysunął się bliżej i przytulił Morganę.
- Jakoś przeżyjemy. Damy radę, razem. - powiedziała i wtuliła się w niego. - Nic nam nie będzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz