poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział 14

Następnego dnia Morgana postanowiła wstać bardzo wcześnie i wybrać się do swojego domu po resztę rzeczy. Po cichu przygotowała się do wyjścia. Gdy miała wychodzić ktoś ją zatrzymał kładąc rękę na ramieniu. Odwróciła się. Stał za nią Moon.
- Gdzie się wybierasz? - szepnął. Minęła chwila zanim mu odpowiedziała.
- Do domu. Po resztę rzeczy. - wyszła na podwórko. Dopiero zaczynało świtać. Było coś około 4.00.
- To nie jest już Twój dom. Poza tym nie możesz tam iść sama. Jeśli Twój ojciec Cię tam zobaczy, to może Ci coś zrobić... - chłopak wyszedł za nią.
- Masz rację. To nie jest już mój dom, tak samo jak nie jest to już mój ojciec. - zasmuciła się.- Poradzę sobie. Jak coś będzie się działo to dam znać... - odeszła. Próbował ją powstrzymać, ale na marne.
Morgana trochę tego nie przemyślała. Zapomniała, że musi jakoś przynieść tu te rzeczy. Nie udźwignęła by tego sama. Postanowiła wziąć motor Moon'a. Nie potrafiła jeździć, ale chciała spróbować. Nie miała innego wyjścia. Poszła do garażu. Wsiadła na pojazd i odpaliła go. Miała szczęście, że kluczyki były w stacyjce. Chwilę zastanawiała się, co ma teraz zrobić. Próbowała na różne sposoby. Potem przypomniała sobie, jak robił to jej współlokator. Ruszyła. Jechała bardzo wolno, ale cieszyła się, że wgl jechała. W końcu dotarła do celu. Zsiadła z motoru i po cichu zbliżyła się do budynku. Miała zapasowe klucze, więc weszła z łatwością. Przeszła przez korytarz. Już miała wchodzić na górę, gdy nagle usłyszała silny, męski głos:
- Co Ty tu robisz, mała włamywaczko? - nie był to głos David'a. Obróciła się. Stał przed nią umięśniony facet z mnóstwem tatuaży. Wystraszyła się. Był dwa razy większy od niej. Zebrała w sobie odwagę.
- Nie jestem żadną włamywaczką. Mam klucze i nie zabroniono mi wstępu tutaj. Myślę, że mam większe prawo przebywać tu niż... - zastanowiła się, jak się do niego zwrócić. - ... Ty.
 Zauważyła, że na korytarzu pojawiła się kolejna osoba.
- Co to za przybłęda? Co ona tu robi? - zapytał gruby, zarośnięty mężczyzna.- Przyszła się zabawić?
- Słucham?! Kim Wy jesteście? Gdzie jest mój ... - zawiesiła się. - Gdzie jest David?- skończyła. Nie miała pojęcia, co się tu dzieje. Ojciec sprowadził do ich domu swoich koleżków i robi z porządnego budynku jakąś melinę? Weszła do kuchni. Przy stole siedziało jeszcze kilku kolesi. Ominęła ich i poszła do dawnej sypialni rodziców. Otworzyła drzwi. Zobaczyła ojca siedzącego na łóżku z wytapetowaną, sztuczną blondyną.
- Co się tu dzieje?!- krzyknęła. - I niby porzuciłeś kochankę, niby się zmieniłeś! Ciągle kłamiesz! Sprowadziłeś tu stado niewyżytych chłopów i robisz przylądek dla biednych?! - spojrzała na kobietę. - Albo jeszcze gorzej...
David odsunął się od blondynki. Spojrzał na Morganę.
- Skarbie, co Ty tutaj robisz? Dlaczego nie jesteś w szkole?
- Śmieszny jesteś. Ojej, jaki troskliwy tatuś...- zadrwiła.-  Szkoda, że nie byłeś taki jak biłeś mnie i mamę. - towarzyszka ojca patrzyła tępo na mężczyznę. Chyba nic nie wiedziała o tym pobiciu.
- Zdaję mi się, że już tu nie mieszkasz. Nie masz prawa mi mówić, co mam robić. Porzuciłyście mnie... Zostawiłyście samego...- udawał poszkodowanego.
- Nie rozśmieszaj mnie. Przyszłam tylko po rzeczy. Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy. Nienawidzę Cię! - wykrzyczała mu w twarz. Wstał. Widać było po nim, że mocno się wkurzył. Chciał uderzyć dziewczynę, ale ona zrobiła szybki unik i zaczęła uciekać na górę. Przeciskała się między tymi ludźmi. Wbiegła po schodach. David cały czas ją gonił. Wbiegła do pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Zamknęła je na klucz. Odwróciła się i myślała, że zemdleje. Zobaczyła trzy kobiety.
- Kim Wy do cholery jesteście?! - miała ochotę płakać. One popatrzyły zdziwione.
- Jesteśmy znajomymi David'a. A Ty?- popatrzyły na nią zdziwione. Nie wytrzymała i rozpłakała się. Wzięła torbę i spakowała swoje rzeczy. Kobiety nie wiedziały, co się dzieje. Miała już wychodzić, ale przypomniała sobie, że za drzwiami stoi okrutny tyran. Postanowiła zaryzykować. Nie obchodziło ją już nawet to, że może ją uderzyć. Chciała być jak najszybciej w domu Moon'a. Otworzyła drzwi, do których dobijał się ojciec.
- Proszę bardzo. Uderz mnie, śmiało. No, zrób to. - wysyczała. - Zasłużyłeś sobie na moją nienawiść, więc nie rozumiem Twojej agresji, ale zrób to jeśli masz zrobić. Pobij mnie, jeśli ma Ci ulżyć.- jej policzki były całe mokre od łez. Tyran spojrzał na nią. Stał jak wryty. Dziewczyna odeszła. Wyszła z budynku. Odpaliła motor i wróciła. Obie matki jeszcze spały. Okazało się, że Moon nie poszedł do szkoły. Wpadła mu w ramiona. Płakała jeszcze bardziej.
- Ciii...Spokojnie... Co się stało? - uspokajał ją. Zaprowadziła go do pokoju i zaczęła opowiadać.
- Ojciec sprowadził do domu jakichś facetów i znajome. Zrobił tam melinę! Siedział w pokoju z kolejną kochanką... Chciał mnie pobić, bo wykrzyczałam mu, co o nim myślę. Uciekłam. Wzięłam swoje rzeczy i udało mi się uniknąć pobicia... Ledwo. - wtuliła się w jego ramię. Siedzieli tak przez pewien czas. Potem dziewczyna wzięła laptopa i otworzyła stronę z ogłoszeniami o wynajęcie domu. Moon zamknął klapę komputera.
- Twoja mama już znalazła dom. Całą noc szukała. W najbliższy weekend wyprowadzacie się. - powiedział.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz