poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 19

- Zaczekaj! - krzyknęła przeraźliwie, próbując się wyrwać. - Co to za miejsce? Dlaczego się tak uśmiechasz? Przerażasz mnie... - jednak Moon nie odpowiedział tylko dalej ciągnął ją za sobą. Był dużo silniejszy od Morgany dlatego szło mu to z łatwością. W końcu weszli do środka. Wszędzie były poobdzierane ściany, na podłodze połamane płytki. Mimowolnie to miejsce spodobało się dziewczynie. Przestała się opierać i szła za chłopakiem rozglądając się.
- Podoba się? To dopiero początek. - zaśmiał się pod nosem.
Morgana wiedziała, że zaraz zobaczy coś, co na pewno zmrozi jej krew w żyłach... Nie wiedziała tylko, co to może być...
Chodzili po opuszczonej ruinie... Wszystko było bardzo poniszczone. Pozdzierana tapeta ze ścian, spróchniałe deski...Nastolatka przyglądała się wszystkiemu jak nieprzytomna. W pewnym momencie zauważyła schody. Coś jakby wewnętrznie ją zatrzymało. Ustała jak wryta.
- Chodź.- szepnął Moon, jednak ona nie zamierzała się ruszać. Chłopak wziął ją na ręce i pokonał schodki. Na ścianie naprzeciwko Morgana ujrzała rozchlapaną krew. Myślała, że dostanie zawału. Zaczęła machać nogami i rękoma, prosząc, żeby wracali. Nastolatek nie zwracał na to uwagi i szedł dalej. Na piętrze leżało dużo starych, podartych ubrań i wszędzie była krew. Podłoga skrzypiała, jakby miała się zaraz zawalić. Dziewczyna zastanawiała się cały czas, co to za miejsce? Dlaczego jest tu tyle krwi?  Wiedziała, że z każdym kolejnym piętrem będzie coraz gorzej. Chciała jak najszybciej się stamtąd wydostać, ale wciąż była w ramionach Moon'a. Dlaczego jej chłopak to robił? Doskonale wiedział, że bardzo się boi.
Znaleźli schody prowadzące na kolejne piętro. Nastolatek nie wszedł na nie, lecz zatrzymał się. Wypuścił Morganę i postawił na nogi.
- Teraz pójdziesz sama.- mruknął.
- Ale ja nie chcę tam iść! Boję się! Wracajmy! - protestowała.
- Boisz się? Boisz się chodzić po jakiejś starej ruinie, a nie bałaś się siedzieć nocą w lesie koło cmentarza? Proszę, nie rozśmieszaj mnie. - powiedział z ironią. Chwycił ją za rękę i pokonał pierwszy stopień czekając na swoją towarzyszkę.
Morgana uświadomiła sobie, że to, co mówi Moon jest prawdą. Zebrała w sobie odwagę i ruszyła. Na kolejnym piętrze z sufitu zwisały grube sznury z pętlami. Wszędzie była krew, podłoga skrzypiała, ale nastolatka starała się nie okazywać lęku. Przeszli przez to piętro i weszli na następne. Był to bardziej strych. Panował tam półmrok. Dziewczyna szła dalej, ale po chwili poczuła pociągnięcie ręki. Odwróciła się.
- Na pewno chcesz tam iść? - powiedział lekko przestraszony chłopak.- Nie sądziłem, że wytrwasz tak długo.
- Tak, chcę iść. Chodź. - pociągnęła go za rękę.
- Nie. Ja nie idę. Jeśli chcesz, idź sama. - pokręcił głową.
W Morganie wzrosła chęć zaimponowania Moon'owi. Poszła przed siebie skręcając trochę na prawo. Z tego, co widziała nie było tam nic ciekawego. Zwykły, trochę spróchniały strych. W pewnym momencie opadła ją zgraja nietoperzy. Zaczęła wrzeszczeć i uciekać przed siebie. Biegła nie patrząc pod nogi. Panicznie bała się nietoperzy. Gdy tak biegła wpadła na coś i się przewróciła. Leżała i tępo patrzyła w ciemność. Kiedy jej wzrok przyzwyczaił się do mroku ujrzała przed sobą człowieka.... wiszącego na skórzanym pasku z oczami wybałuszonymi na wierzch, w których widać było przerażenie. Wstała i szybko uciekła w kierunku schodów.
- Chodź, szybko! Chodź! - ciągnęła Moon'a za sobą.
- Czekaj! Co tam jest?- opierał się.
- Potem Ci powiem! Uciekajmy, szybko! - zbiegli na sam dół i wybiegli z budynku. Szybko wsiedli na motor i wrócili do domu siedemnastolatki. Było już dosyć ciemno. Udali się do pokoju dziewczyny. Usiedli wygodnie na łóżku i zaczęli rozmawiać.
- No więc co tam było? Opowiadaj! - niecierpliwił się Moon.
- Z tego, co widziałam nie było tam nic ciekawego, ale w pewnym momencie opadły mnie nietoperze, których się strasznie boję. - zauważyła, że chłopak lekko się uśmiechnął.- Zaczęłam uciekać przed siebie. Wpadłam na coś. Nie widziałam, co to jest, ale po pewnym czasie zobaczyłam. Na skórzanym pasku wisiał przede mną jakiś człowiek. Miał otwarte oczy. Widać było w nich lęk. Czekaj, czekaj... Z jego oczami było coś nie tak... Jego tęczówka była jakby zamglona, niewyraźna... Normalne trupy tak chyba nie mają, co?- spojrzała na chłopaka. Miał otwarte usta i przestraszone oczy. Siedział tak chwilę, a potem wyszeptał tajemniczo:
- A więc to prawda...
- Co prawda? O co Ci chodzi? - pytała, ale musiała poczekać trochę na odpowiedź.
- Posłuchaj. Ten dom jest podobno nawiedzony. Zaprowadziłem Cię tam, bo wiedziałem, że lubisz takie klimaty. Dawno temu po mieście krążyła legenda o tym domu. Kiedyś była to piękna willa, jednak jej właściciele zbankrutowali i musieli się przenieść. Przez pewien czas dom stał pusty. Potem wprowadziła się tam jakaś babka, która podobno była czarownicą. Ludzie mówili, że wypuściła demona, bo chciała zdobyć władzę nad duszami ludzkimi, ale zjawa wymknęła się jej spod kontroli. Demon zabił najpierw ją, a potem każdego następnego mieszkańca domu. Ostatnimi lokatorami budynku był szeryf z żoną. Pani Zofia wkrótce umarła ze starości, a on mieszkał tam sam. Prawdopodobnie to na jego ciało wpadłaś. Zjawa miała charakterystyczny sposób zabijania. Najpierw oślepiała i odbierała zmysły, stąd zamglone oczy, a potem wieszała. To właśnie ten demon pozaczepiał tam te wszystkie sznury. - popatrzył tępo w ścianę.- Okazało się teraz, że to była prawda...
Morgana nie wiedziała, co ma powiedzieć. Siedziała przez chwilę cicho, a potem zapytała:
- Czy teraz nam coś grozi? Weszliśmy do domu demona bez pytania...- była przerażona.
- Nie wiem. Kochanie, tak bardzo przepraszam, ze Cię tam zabrałem. Myślałem, że to tylko głupie opowieści staruszków, którzy chcą postraszyć dzieci. - przysunął się bliżej i przytulił Morganę.
- Jakoś przeżyjemy. Damy radę, razem. - powiedziała i wtuliła się w niego. - Nic nam nie będzie.

sobota, 27 czerwca 2015

Rozdział 18

-Nie! Stój! Nie rób tego, błagam!- płakała, jednak Dante tylko na nią spojrzał i zrobił kolejny krok. Chciała do niego podbiec, ale ostrzegł ją, aby tego nie robiła.
- Muszę to zrobić! Moja miłość do Ciebie jest silniejsza, nie wytrzymam tak dłużej!- podszedł jeszcze bliżej i skoczył w wielką przepaść. Usłyszał jeszcze tylko ,,Nieeeee!'' wydobywające się z ust Morgany i roztrzaskał sobie głowę o skały. Dziewczyna upadła na kolana. Płakała i krzyczała, jakby wyrywano jej serce. Nie mogła zapanować nad emocjami. Wstała. Rozbiegła się i skoczyła, a potem...
Obudziła się cała spocona ze łzami w oczach. Była 3.15 w nocy. To tylko zły sen, głupi koszmar. Próbowała zasnąć, ale za każdym razem gdy zamykała oczy widziała krew przyjaciela na ostrych skałach schodzących wgłąb przepaści. Przerażało ją to. Chciała się upewnić czy aby na pewno nie był to proroczy sen. Odłączyła IPhone'a od ładowarki i wybrała numer Dante'go. Zdawało się jej, że mija wieczność. Nie odebrał. Morgana zmartwiła się, ale pomyślała, że może jest rzeczywiście za wcześnie na dzwonienie do ludzi.
Poszła do łazienki, aby obmyć twarz i umyć zęby. Włosy uczesała w kok na czubku głowy. Nałożyła luźną, czarną koszulkę z białym krzyżem, czarne rurki i creepersy. Spakowała książki do plecaka i wyszła z domu.
Przed szkołą spotkała Moon'a, który przywitał ją buziakiem w policzek. Nie chciała, by ktoś to zobaczył, więc zwinnie się odsunęła i spojrzała na niego krytycznym wzrokiem. Poszła do szkoły, ale nie zmieniła butów. Nie chciało jej się także iść na pierwszą lekcję, więc postanowiła pójść na miasto. Pomyślała, że i tak jej to nie zaszkodzi, ponieważ zbliżał się koniec roku. Żadna z koleżanek nie chciała iść z nią. Poprosiła o to Moon'a, który od razu się zgodził.
Rano Morgana wzięła ze skarbonki całkiem sporą ilość pieniędzy. Namówiła swojego chłopaka na zakupy, chociaż niechętnie się zgodził. Chodzili po mieście trzymając się za ręce. Wchodzili do różnych sklepów, ale w żadnym nie znaleźli niczego ciekawego. W końcu dziewczyna zauważyła ładną sukienkę. Podczas, gdy poszła ją przymierzyć Moon wszedł do sklepu z biżuterią. Szybko rozglądał się po ozdóbkach. Po pewnym czasie zobaczył komplet bransoletek ze znakami wieczności. Kupił je z myślą, że podaruje je Morganie na urodziny. Zapłacił i szybko wybiegł ze sklepu. Dziewczyna akurat wychodziła ucieszona z torebką w ręce.
- Popatrz, jaka śliczna! - wyjęła zawartość reklamówki i pokazała chłopakowi.
- Przepiękna! Zresztą we wszystkim wyglądasz dobrze. - uśmiechnął się i cmoknął ją w policzek. Potem poszli do parku, który okazał się być bardzo zacisznym miejscem. Morgana usiadła na zgiętej gałęzi wielkiego drzewa, a Moon podszedł do niej i objął w pasie. Patrzyli sobie w oczy nic nie mówiąc. Nastolatka czuła jakby motylki w brzuchu. Nigdy przedtem tego nie doświadczyła. Na początku lekko się przestraszyła, ale wkrótce uznała, że jest to miłe uczucie. Chyba naprawdę się w nim zakochała. Od kilku dni nie myślała o niczym innym, tylko o nim. Pragnęła być przy nim w każdej chwili. Uwielbiała patrzeć w jego piękne oczy i lubiła czuć na sobie jego dotyk. Kiedy trzymał ją za rękę lub obejmował swoimi silnymi, ale jednocześnie delikatnymi rękami czuła się tak bezpiecznie. Zarzuciła na jego ramiona ręce, zbliżyła się i szepnęła mu do ucha:
- Pokaż mi, czym jest miłość.
Usłyszała tylko cichy śmiech chłopaka, a potem pozwoliła sobie na zwiększenie odległości między nimi. Zobaczyła, że Moon stoi przed nią z wyszczerzonymi zębami, jakby był małym dzieckiem cieszącym się z lizaka. Co takiego powiedziała? Może nie powinna tego mówić? Zaczęła żałować, ale po chwili przestała, ponieważ nastolatek położył jej dłoń na szyi i lekko przysunął jej twarz do swojej. Musnął jej wargi swoimi. Z sekundy na sekundę pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny. Spodobało się jej to. Po kilku minutach Moon odsunął się i powiedział:
- To właśnie jest miłość, w moim wykonaniu. - i zaśmiał się udając wspaniałego mistrza po udanym pokazie. Morgana także się zaśmiała. Zeskoczyła z konaru i wpadła w objęcia chłopaka, który wyszeptał:
- Kocham Cię. - wziął głęboki oddech. - Nad życie.
Wracając do domu siedemnastolatka podziękowała Moon'owi za wspaniały dzień. Wchodząc do budynku spotkała matkę, która na jej widok bardzo się zdziwiła.
- A co Ty tu robisz? Nie powinnaś być w szkole?- zapytała.
- W szkole? - czuła jakby stanęło jej serce. Spojrzała na zegar wiszący w kuchni. Było kilka minut po dziesiątej. Kompletnie zapomniała, że uciekła ze szkoły i musi tam wrócić. Zaczerwieniła się, bo uświadomiła sobie, że została złapana na wagarach.
- W szkole? A tak, tak. No, bo wiesz, mamo... - chciała się jakoś wykręcić, ale nie potrafiła okłamać Caroline. - Mamo... Ja... Ehh... - poddała się. Nic nie przychodziło jej do głowy, więc opuściła głowę na znak, że przyznaje się do winy.
- Morgana! Czy Ty uciekłaś ze szkoły?! - otworzyła szeroko oczy.
- Tak. Mamo, ale... Jest prawie koniec roku.. Nauczyciele nawet nie sprawdzają już obecności. - uśmiechnęła się nieśmiało.
- No dobrze, ale nie rób tak więcej. Pójdziesz z nami dziś wieczorem do teatru?- poklepała ją po ramieniu.
- Z nami? To znaczy z kim?
- A, tak. Z moim kolegą. Ma 3 bilety na dziś i zaprosił nas. Co Ty na to? - w tej chwili do Morgany przyszedł SMS. Szybko go odczytała.
*Wybierzesz się ze mną na przejażdżkę motorem? Dziś wieczorem.* Od Moon'a.
- Przepraszam, mamo, ale jestem już umówiona na dzisiejszy wieczór. Może innym razem gdzieś razem pójdziemy.- puściła matce oczko i poszła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku i odpisała na wiadomość.
*Jasne. O której będziesz?*
 Chwilę potem usłyszała dźwięk przychodzącego SMS'a.
*Może 18? Pasuje Ci?*
Dziewczyna zastanowiła się i potwierdziła.
O osiemnastej chłopak był już pod domem Morgany. Dziewczyna pożegnała się z Caroline i panem Jamesem - kolegą jej matki, po czym wyszła z domu. Podbiegła do swojego chłopaka i pocałowała go w usta. Potem wsiadła na pojazd i objęła nastolatka w pasie.
- To gdzie mnie zabierasz? - cieszyła się jak mała dziewczynka.
- Zobaczysz. - zaśmiał się i odpalił motor. Ruszyli. Jechali i jechali, aż w końcu chłopak zatrzymał się przy opuszczonej ruderze. Morgana zsiadła z motoru i powiedziała ze śmiechem:
- Ależ tu romantycznie.
- Chodź. Spodoba Ci się. - uśmiechnął się mrocznie, ciągnąc za sobą przestraszoną jego zachowaniem dziewczynę.


Mam nadzieję, że Wam się podoba i będziecie czekać na więcej. W następnym rozdziale będzie fajnie, więc chyba warto poczekać. 
Jak zwykle zapraszam na aska ---> ASK 
Proszę o komentarze, opinię i obserwację :D 
Oraz proszę o wyrażenie swojej opinii na temat założenia strony na Facebooku o właśnie tym blogu!

czwartek, 25 czerwca 2015

Rozdział 17

Morgana wstała niewyspana. Miała od rana podły humor. Poszła do łazienki, ubrała się, uczesała. Wzięła plecak i wyszła z domu. Nie wiedziała jeszcze, o której ma autobus, więc postanowiła posiedzieć na przystanku. Patrzyła na przejeżdżające samochody i przechodniów, którzy byli prawdopodobnie w takim samym nastroju jak ona. Wyciągnęła z kieszeni IPhone'a i włączyła muzykę na słuchawkach. Akurat leciała jej ulubiona piosenka. Uśmiechnęła się, ale po chwili zorientowała się, że w tym czasie naprzeciwko niej szedł jakiś chłopak. Miał może z 15 lat. Od razu, gdy zauważył u niej uśmiech podszedł. Ubrany był w czarne spodnie, bluzę w tym samym kolorze i glany. Kiedy się zbliżył Morgana zobaczyła, że ma żółte soczewki, przypominające oczy kota. Usiadł przy niej. Na początku nic nie mówił. Potem spojrzał na jej nadgarstek i zdziwił się. Na ręce dziewczyny wisiała bransoletka z czaszką, którą kiedyś dostał każdy członek ich paczki. Były robione na zamówienie. Posiadały pewien szczegół, który wyróżniał je od innych, podobnych ozdóbek. Każda czaszka miała zamiast jednego oka kuleczkę z prawdziwego złota.
- Skąd to masz? - zapytał w końcu chłopak.
Dziewczyna spojrzała na niego zdziwiona. Dlaczego się tym interesował? Udała, że nie słyszy i wróciła do poprzedniej czynności- słuchania muzyki. Nastolatek zwinnym ruchem wyciągnął jej słuchawki z uszu.
- Dobra, jestem Fabian. Skąd masz tę bransoletkę? Dlaczego ją nosisz?- mówił bardzo szybko.
- Ekhem... Dlaczego mnie o to pytasz?- ledwo opanowała się przed napadem agresji.
- Posłuchaj. Mam kolegę, który ma identyczną. Powiedział, że taką posiada tylko kilka osób, bo robił je na zamówienie. Mówił też, że te osoby są wyjątkowe i łączy ich tajemnica. Nie udało mi się z niego więcej wydusić. - dotknął wisiorka, ale Morgana oddaliła dłoń.
- Po co mi to mówisz? - wiedziała, że coś tu nie gra.
- Ty jesteś jedną z tych osób. Powiedz, o co chodzi! - zachowywał się jak małe dziecko.
- Jak ma na imię ten Twój kolega? - miała nadzieję, że coś mu się pomyliło.
- Dante. - odpowiedział.
Co Dante robił w tych okolicach? Przecież mieszkał dosyć daleko stąd i na pewno nie miał tu kolegów. Wypytała chłopaka o szczegóły. Wszystko się zgadzało, oprócz miejsca zamieszkania.
W szkole na długiej przerwie postanowiła zadzwonić do przyjaciela. Nie odebrał za pierwszym razem, ale potem oddzwonił.
- No hej. Co tam chciałaś? - powiedział radośnie.
- Spotkałam dzisiaj chłopaka, który powiedział, że Cię zna.
- I co w tym dziwnego? Zna mnie dużo osób. - jego głos zdradzał, że był trochę zakłopotany.
- Tylko, że ten chłopak powiedział, że mieszkasz gdzieś w okolicy mojego domu. Wszystko inne się zgadzało. W dodatku wiedział o bransoletkach. Możesz mi to wyjaśnić? - zapytała.
- Oczywiście, ale nie teraz. To nie jest rozmowa na telefon. Muszę kończyć, pa. - rozłączył się.
Po lekcjach Morgana spotkała Moon'a. Razem poszli do domu dziewczyny. Pili herbatę w kuchni, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi. Nastolatka wstała i otworzyła. Jej oczom ukazał się wysoki brunet, Dante.
- Hej. Co Ty tutaj robisz? - zdziwiła się.
- Cześć. Mogę wejść? - nie odpowiedział.
Dziewczyna przesunęła się, wskazując ręką drogę do kuchni. Kiedy już się tam znaleźli Moon był zszokowany. Usiedli.
- Co tu robisz? Skąd wiedziałeś, gdzie teraz mieszkam? - zapytała ponownie.
- Jakiś chłopak mi powiedział, gdy zapytałem. Muszę Ci coś powiedzieć. - mówił poważnym tonem. Morgana kiwnęła na znak, że słucha.
- Przez ten czas, kiedy nie rozmawialiśmy sporo się zmieniło. Nie tylko Ty się przeprowadziłaś. Ja także. Nie miałem okazji Ci tego powiedzieć, a może nie chciałem. Ostatnio próbowałem zamienić moją miłość do Ciebie w nienawiść, ale nie wyszło.- powiedział i spojrzał jej w oczy.
Nie wiedziała, co mam myśleć. Najpierw chciał o niej zapomnieć, potem chciał ją znienawidzić. Chyba nie cenił ich przyjaźni tak, jak ona. Nie zdawał sobie sprawy, że przez niego rozpadnie się ich paczka, którą siedemnastolatka uważała za coś bardzo ważnego. Rosła w niej złość. Musiała mu to wykrzyczeć.
- Co się z Tobą dzieje? Mówisz to tak spokojnie, jakby nic się nie stało! Przez Ciebie mogłaby się rozpaść nasza ekipa! Myślisz tylko o sobie! - nie wiedziała, czy nadal chce się z nim przyjaźnić. Było w niej tyle emocji. Mogłaby zrobić wszystko, aby tylko sprawić mu przykrość. W końcu nie wytrzymała i krzyknęła:
- Zresztą nie obchodzi mnie to już. Chciałeś o mnie zapomnieć, znienawidzić, ale nie miałeś powodu, więc Ci ułatwię i podam powód. Jestem w związku z Moon'em, także możesz sobie odpuścić i zapominać, co tylko chcesz! - głęboko oddychała. Zasmucił się. Nic nie powiedział, wyszedł z domu i wsiadł w samochód. Od razu rozpędził się, ile tylko mógł. Morgana usiadła naprzeciwko towarzysza. Zauważyła, że jego usta są lekko otwarte, a w oczach widniała radość. Kiedy ochłonęła zdała sobie sprawę, co powiedziała i co się właśnie wydarzyło. Czuła jakby zatrzymało jej się serce.
- O nie! Co ja narobiłam? Przecież on może się teraz zabić! Muszę go powstrzymać! - rozpłakała się. Moon podszedł do niej i zaczął uspokajać. Poprosił ją o telefon. Wybrał jego numer i połączył się. Po kilku sygnałach Dante odebrał.
- Siema. To ja, Moon. Morgana bardzo się o Ciebie boi. Nie rób sobie nic z tego powodu, który podała. Wasza przyjaźń jest dla niej ogromnie ważna, tak samo jak Ty. Nie chce, żeby coś Ci się stało. Rozumiesz? - rzekł, jednak nie wspomniał nic na temat związku.
- Tak. - odpowiedział Dante i zakończył połączenie.
Słuchając tej rozmowy Morgana pomyślała, że Moon powiedział dokładnie to, co czuła. Podszedł do niej, oddał telefon i przytulił.
- To jesteśmy parą, tak? - zapytał nieśmiało.
- Jeśli chcesz. - spojrzała mu w oczy. Chyba coś do niego czuła, więc chciała spróbować.
- Marzę o tym.- odrzekł, a ona przytuliła się do niego.


 Na początku chcę przeprosić za moją nieobecność, ale byłam na biwaku i nie miałam czasu napisać rozdziału. Mam nadzieję, że rozdział 17 się spodobał, i że będziecie czekać na więcej. Piszcie swoje opinie tu: KLIK lub w komentarzu. 
Myślę o założeniu strony na Facebook'u na temat tego bloga. Uważacie, że to dobry pomysł? Także piszcie.

piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział 16

Nadszedł weekend. Właśnie dziś Morgana z matką miały wyprowadzić się do nowego domu. Spakowały wszystko już poprzedniego dnia. Pani Kate zaproponowała, że je podwiezie. Moon oczywiście też chciał jechać.
Wyjechali. Każdy był bardzo podekscytowany. W końcu dotarli do celu. Przez chwilę nieruchomo siedzieli w aucie nic nie mówiąc. Potem Morgana postanowiła wyjść pierwsza. Weszła do domu, nie czekając na resztę. Poszła od razu do pokoju, który sobie wybrała. Odłożyła torby i wróciła na zewnątrz.
Wszyscy byli zachwyceni nowym lokum. Morgana zdążyła już nawet urządzić pokój. Siedzieli tam do wieczora. W końcu Moon i pani Kate musieli wracać do siebie.
Dziewczyna usiadła przed telewizorem i włączyła swój ulubiony film. Nagle z ospania wytrącił ją dzwonek przychodzącego SMS'a. Myślała, że to Moon, ale pomyliła się. Dante.
*Hej. Jak tam u Ciebie? Dawno nie gadaliśmy*
Ta wiadomość zasmuciła ją z jakiegoś powodu. Uświadomiła sobie, że właśnie wtedy, kiedy potrzebowała kogoś do wygadania się nie było przy niej jej przyjaciół. Co się z nimi działo? Nic nie wiedzieli o pobiciu, przeprowadzce... Po chwili odpisała:
*Cześć. Źle, a jak ma być? Ach, no tak... Nic nie wiecie...*
Zdenerwowała się. Dlaczego ludzie, którym ufała nad życie ostatnio zawodzili? Ojciec, przyjaciele... Po kilku minutach dostała SMS'a.
*Co się dzieje? O czym nie wiemy?*
W Morganie coś pękło. Znowu zaczęła płakać, a przy tym miała ochotę wszystko z siebie wyrzucić.
*Co się stało?! Może w skrócie... Wszyscy oszaleli, mnie i moją mamę pobił ojciec, uciekłyśmy, a teraz przeprowadziłyśmy się do nowego domu. Szkoda, że Was przy mnie wtedy nie było...*
Odpisał prawie natychmiast.
*Och, Morgana. Tak bardzo Cię przepraszam.*
Łzy spływały jej po policzkach. Nie wiedziała, co ma robić. Wybaczyć czy nie? Potrzebne było spotkanie.
*To nie jest rozmowa na telefon, a szczególnie nie na SMS'y.*
Odpowiedział:
*Przyjedziemy jak najszybciej. Wybacz nam. Do zobaczenia.*
W przepraszaniu to Dante nie był najlepszy...
Kilka dni później doszło do spotkania. Usiedli na ławce w parku. Cała paczka: Dante, Morgana, Dagmara, Teresa, a oprócz tego dołączył do nich Moon. Na prośbę Morgany. Dziewczyna opowiedziała im wszystko ze szczegółami. Przepraszali ją cały czas, ale ona nie wiedziała czy wybaczyć.
- Dlaczego się nie odzywaliście?- zapytała siedemnastolatka. Zapadła cisza. Morgana zauważyła, że Teresa i Dagmara miały łzy w oczach. Podeszły do niej i mocno przytuliły przepraszając. Nie wiedziała, o co chodzi. Gdy się oddaliły poprosiła o wyjaśnienia.
- Tak bardzo przepraszamy, ale to przez Dante'go. Zorganizował spotkanie i kazał nam urwać z Tobą wszelki kontakt. - powiedziała nieśmiało Dagmara.
- Co?! Dlaczego?! Dante! - wykrzyknęła zdziwiona i zawiedziona Morgana. Przez chwilę nic nie mówił. Potem przemówił:
- Nie miałem wyboru. Przepraszam. Wyjaśnię Ci to na osobności. - wstał i zmusił do tego samego nastolatkę. Poszli na mostek w parku. Chłopak oparł się o kamienną barierkę. Spojrzał na dziewczynę.
- Musisz to wiedzieć. Zauważyłem, że ten chłoptaś ma większe szanse u Ciebie niż ja, nie rozumiem dlaczego. Bardzo mnie to zabolało. Chciałem o Tobie zapomnieć. Znalazłem sobie na siłę dziewczynę. Myślałem, że to pomoże, ale się pomyliłem. Nie wiem, dlaczego zabroniłem dziewczynom kontaktu z Tobą... Może dlatego że dużo o Tobie mówiły, w każdym bądź razie popełniłem błąd. Przepraszam. - przycisnął ją do swojej klatki piersiowej. Płakała. Nie potrafiła tego pojąć.
- Ufałam Wam... Zawiedliście mnie...- wydusiła z siebie.
- Cii... Przepraszam, słonko. - po jego policzku także spłynęła łza. Puścił ją.
- Nie pomogło. Rozstałem się z tą dziewczyną, bo uświadomiłem sobie, że nic do niej nie czuje i wciąż kocham Ciebie. Nie potrafiłbym o Tobie zapomnieć, teraz to wiem. - zasmucił się. W tej chwili dołączył do nich Moon.
- Morgana, musisz pogadać z dziewczynami. A ja zostanę z Twoim kolegą.- spojrzał groźnie na Dante'go. Kiedy dziewczyna się oddaliła, zaczęła się awantura.
- Jakim prawem znowu się pojawiasz?! Nie było Cię, kiedy tego najbardziej potrzebowała! Zająłem się nią, chociaż nie było to do końca łatwe, ale nie poddawałem się! Wiedziałem, że będzie lepiej! Teraz też Cię nie potrzebuje! Najlepiej odejdź! - rzucił się Moon.
- Posłuchaj. Dla mnie to też nie było łatwe. Odszedłem, bo wiedziałem, że wybierze Ciebie. Co ona w Tobie widzi?! Zrobi co zechce, nie podejmiesz za nią tego wyboru. - przerwał na chwilę. - Muszę lecieć. Powiedz im, że przyjde na autobus o umówionej godzinie. - odszedł. Moon wrócił do dziewczyn i przekazał wiadomość. Teresa i Daga zebrały się kilka minut później. Morgana i Moon zostali jeszcze trochę w parku. Dziewczyna postanowiła wybaczyć dziewczynom, ale nad Dante się zastanawiała... Potem chłopak odprowadził nastolatkę do domu. Nie miała jak zwykle na nic ochoty.
Dlaczego musiała mieć same problemy? To trochę za dużo jak na zwykłą siedemnastoletnią dziewczynę... Cały czas myślała o tym, co powiedział jej Dante. Nie chciała przestać się z nim przyjaźnić. Uwielbiała jego charakter, ale bardzo ją zranił. Chciał o niej zapomnieć? Powinien raczej o nią walczyć... Miała dość myślenia. Wykąpała się, położyła do łóżka i założyła słuchawki. Puściła głośno muzykę i zapomniała o całym świecie. Zasnęła.

Jak się Wam podoba rozdział 16? Piszcie tu lub na ask'u. Pozdrawiam. :)

środa, 17 czerwca 2015

Rozdział 15

- Co? Jak to znalazła? Bez skonsultowania ze mną? - krzyknęła zdziwiona Morgana.
- Nie wiem. Z nią rozmawiaj.- odpowiedział Moon i poszedł do salonu. Dziewczyna poszła do kuchni i poprosiła mamę o rozmowę. Poszły do sypialni chłopaka.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że znalazłaś nowy dom? - zapytała od razu.
- Córciu, to miała być niespodzianka. Chodź, pokażę Ci go. - położyła sobie laptopa na kolanach i otworzyła stronę z ogłoszeniami o kupno mieszkań. Wybrała jedną z propozycji. Był to duży, ciemnobrązowy budynek z tarasem i ogródkiem. Od razu spodobał się Morganie, bo nie był radosny, słoneczny.
- Ojej, jest wspaniały!- nie potrafiła ukryć swojego zachwycenia.
- Wiedziałam, że Ci się spodoba. Postanowiłam wybrać domek w Twoim stylu, nie w moim. Nigdy nie braliśmy pod uwagę Twojego zdania w takich sprawach, ale uznałam, że też masz prawo zdecydować. - uśmiechnęła się i zamknęła klapę komputera.
- Ej! Nie pokażesz mi wnętrza? - dziewczyna była wyraźnie niezadowolona.
- To kolejna niespodzianka. Jutro jedziemy obejrzeć cały dom dokładnie. - pogładziła włosy córki i wyszła z pokoju. Nastolatka udała się do salonu, w którym siedział Moon. Jadł popcorn i oglądał jakiś film. Usiadła obok niego i oparła na jego ramieniu głowę.
- Ten nowy dom, który wybrała mama jest super! - bardzo się cieszyła.
- Taaa... Fajnie. - odpowiedział bez entuzjazmu, nawet nie oderwał wzroku od telewizora. Siedemnastolatka nie wiedziała, o co może mu chodzić. Przecież nic mu ostatnio nie zrobiła. Siedzieli przez chwilę w ciszy, a potem Morgana zapytała:
- Nie cieszysz się?
Spojrzał na nią.
- Z czego mam się cieszyć?
-No, że... znalazłyśmy sobie nowy dom... - odparła nieśmiało. Nie dostała odpowiedzi. Film wciągnął chłopaka. Gdy się skończył wstał, otrzepał z ubrania okruszki popcornu i odniósł miskę do kuchni. Po chwili wrócił.
- Tu nie ma się z czego cieszyć. Przynajmniej dla mnie. Nie chcę, żebyś opuszczała mój dom. Lubię z Tobą mieszkać. - położył jej rękę na nodze. Wstała i poszła się położyć. Moon mógłby wyrazić trochę entuzjazmu. Mógłby cieszyć się z jej szczęścia...
Następnego dnia Morgana i Caroline wstały bardzo wcześnie. Przygotowały się, wsiadły do samochodu i pojechały obejrzeć nowe lokum. Znajdowało się w miasteczku niedaleko stąd. W końcu dojechały. Ujrzały spory, ale piękny domek. Coś jak drewniana górska chatka, jednak znacznie większy. Weszły do środka. Trafiły do kuchni. Stały tam nowoczesne sprzęty, jednak dostosowane były do stylu mieszkania. Następnie znalazły się w salonie. Stała tam wielka kanapa, a na ścianie wisiał duży telewizor. W łazience było równie pięknie. Miały nawet własne jacuzzi. Następny pokój jaki odwiedziły od razu zamówiła sobie Morgana. Było tam wielkie, miękkie łóżko; stara, duża szafa i wiele innych cudownych mebli. Matka dziewczyny zgodziła się na taki układ.
Obie nie mogły się doczekać, aż się tu wprowadzą. Na koniec Caroline spotkała się ze sprzedawcą budynku, uzgodniła wszystko i... kupiła dom! W najbliższy weekend miały się tu wprowadzić!
Siedemnastolatka nie musiał zmieniać szkoły. Na szczęście. Chyba nie była gotowa na kolejne wielkie zmiany, tj. zmiana szkoły. Wróciły do mieszkania Moon'a.
- Te mieszkanie jest przepiękne! - opowiadała Caroline pani Kate. Morgana poszła porozmawiać ze swoim współlokatorem, jednak nigdzie go nie było. Napisała do niego SMS'a.
*Hej. Gdzie jesteś?*
Musiała chwilę poczekać na odpowiedź.
*Na przejażdżce motorem. Mogę zaraz po Ciebie przyjechać. Co Ty na to?*
Po chwili zastanowienia odpisała.
*Bardzo chętnie. :)* 
Przebrała się i wyszła na podwórko. Pojawił się na nim motor Moon'a, jednak nie siedział na nim on.
- Kim jesteś? Co tu robisz? - zdziwiła się. - Dlaczego masz motor Moon'a?
- Spokojnie, wyluzuj. Wsiadaj. Twój przyjaciel mnie tu przysłał i kazał zawieść w pewne miejsce. - powiedział jasnowłosy chłopak.
- Nie wierzę Ci! Dzwonię do niego! - dziewczyna wyjęła telefon i wybrała odpowiedni numer. Po 3 sygnałach odezwał się osiemnastolatek.
- No co tam? Jakieś problemy?
- Jakiś chłopak twierdzi, że kazałeś mnie przywieźć. To prawda? - zapytała patrząc nieufnie na blondyna.
- Tak, to prawda. Wsiadaj, zaufaj mu. To świetny kierowca! - zaśmiał się serdecznie i zakończył połączenie. Wsiadła, myśląc, że i tak nie ma nic do stracenia. Jechali przez miasto, aż w końcu zatrzymali się przy kafejce. Blondyn pomachał Morganie i wskazał drzwi budynku. Weszła. Przy jednym ze stolików siedział jej współlokator. Przysiadła się do niego. Zamówili kawę i ciasto z truskawkami.
- Pomyślałem, że zaproszę Cię na spotkanie, bo niedługo wyjeżdżasz... - zamieszał swój napój.
- Przecież nowy dom nie jest tak daleko... Nie zmieniam szkoły, możemy się też spotykać. - uśmiechnęła się.
- Naprawdę?! Już myślałem, że będziesz gdzieś daleko... - podniósł radosne oczy.
- Przy okazji chciałabym Ci serdecznie podziękować za to, co dla mnie robisz. Bez wahania pozwoliłeś mieszkać mi i mojej mamie u siebie. Mamy naprawdę ciężką sytuację, ale myślę, że wszystko jest na dobrej drodze. Będę Ci wdzięczna do końca życia... Nie wiem, jak się odwdzięczę... - popatrzyła mu głęboko w oczy. Po policzku spłynęła jej łza.
- Wystarczy, że jesteś. Zdecydowanie za dużo ostatnio płakałaś, dlatego wieczorem idziemy na małą imprezę u mojego dobrego kolegi. Nie będzie tak wielu ludzi. Tylko tacy, którzy są w porządku. Myślę, że się polubicie. Co Ty na to?- chwycił jej podbródek. Zastanowiła się. Nie lubiła imprez, ale postanowiła się zgodzić. Chciała choć trochę uszczęśliwić Moon'a, aby się odwdzięczyć.
Na wieczór założyła piękną, delikatną sukienkę. Na nogach miała ciemne balerinki, a jako dodatek nałożyła kolczyki z diamencikami i naszyjnik z kompletu.  
- Cudownie wyglądasz. Chodźmy. - powiedział Moon przed domem kolegi i otworzył jej drzwi.
Grała muzyka, była przyjemna atmosfera. Morgana zapoznała się ze wszystkimi i nawet ich polubiła. Mimo, że nie piła alkoholu spróbowała jednego drinka. Tańczyła i śpiewała z nowymi znajomymi. Do domu wrócili po północy. Dziewczyna podziękowała Moon'owi za niezwykły wieczór i poszła przygotować się do spania. Po kąpieli wskoczyła pod kołdrę i szybko zasnęła, bo była bardzo zmęczona.


Zapraszam do czytania, komentowania i obserwowania. Można też zostawić swoją opinię na moim ask'u (link do niego: KLIK). Jeśli coś się Wam nie podoba to proszę napisać, przyjmuję krytykę :D Piszcie również to, co się Wam spodobało. Pozdrawiam wszystkich czytelników :)

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Rozdział 14

Następnego dnia Morgana postanowiła wstać bardzo wcześnie i wybrać się do swojego domu po resztę rzeczy. Po cichu przygotowała się do wyjścia. Gdy miała wychodzić ktoś ją zatrzymał kładąc rękę na ramieniu. Odwróciła się. Stał za nią Moon.
- Gdzie się wybierasz? - szepnął. Minęła chwila zanim mu odpowiedziała.
- Do domu. Po resztę rzeczy. - wyszła na podwórko. Dopiero zaczynało świtać. Było coś około 4.00.
- To nie jest już Twój dom. Poza tym nie możesz tam iść sama. Jeśli Twój ojciec Cię tam zobaczy, to może Ci coś zrobić... - chłopak wyszedł za nią.
- Masz rację. To nie jest już mój dom, tak samo jak nie jest to już mój ojciec. - zasmuciła się.- Poradzę sobie. Jak coś będzie się działo to dam znać... - odeszła. Próbował ją powstrzymać, ale na marne.
Morgana trochę tego nie przemyślała. Zapomniała, że musi jakoś przynieść tu te rzeczy. Nie udźwignęła by tego sama. Postanowiła wziąć motor Moon'a. Nie potrafiła jeździć, ale chciała spróbować. Nie miała innego wyjścia. Poszła do garażu. Wsiadła na pojazd i odpaliła go. Miała szczęście, że kluczyki były w stacyjce. Chwilę zastanawiała się, co ma teraz zrobić. Próbowała na różne sposoby. Potem przypomniała sobie, jak robił to jej współlokator. Ruszyła. Jechała bardzo wolno, ale cieszyła się, że wgl jechała. W końcu dotarła do celu. Zsiadła z motoru i po cichu zbliżyła się do budynku. Miała zapasowe klucze, więc weszła z łatwością. Przeszła przez korytarz. Już miała wchodzić na górę, gdy nagle usłyszała silny, męski głos:
- Co Ty tu robisz, mała włamywaczko? - nie był to głos David'a. Obróciła się. Stał przed nią umięśniony facet z mnóstwem tatuaży. Wystraszyła się. Był dwa razy większy od niej. Zebrała w sobie odwagę.
- Nie jestem żadną włamywaczką. Mam klucze i nie zabroniono mi wstępu tutaj. Myślę, że mam większe prawo przebywać tu niż... - zastanowiła się, jak się do niego zwrócić. - ... Ty.
 Zauważyła, że na korytarzu pojawiła się kolejna osoba.
- Co to za przybłęda? Co ona tu robi? - zapytał gruby, zarośnięty mężczyzna.- Przyszła się zabawić?
- Słucham?! Kim Wy jesteście? Gdzie jest mój ... - zawiesiła się. - Gdzie jest David?- skończyła. Nie miała pojęcia, co się tu dzieje. Ojciec sprowadził do ich domu swoich koleżków i robi z porządnego budynku jakąś melinę? Weszła do kuchni. Przy stole siedziało jeszcze kilku kolesi. Ominęła ich i poszła do dawnej sypialni rodziców. Otworzyła drzwi. Zobaczyła ojca siedzącego na łóżku z wytapetowaną, sztuczną blondyną.
- Co się tu dzieje?!- krzyknęła. - I niby porzuciłeś kochankę, niby się zmieniłeś! Ciągle kłamiesz! Sprowadziłeś tu stado niewyżytych chłopów i robisz przylądek dla biednych?! - spojrzała na kobietę. - Albo jeszcze gorzej...
David odsunął się od blondynki. Spojrzał na Morganę.
- Skarbie, co Ty tutaj robisz? Dlaczego nie jesteś w szkole?
- Śmieszny jesteś. Ojej, jaki troskliwy tatuś...- zadrwiła.-  Szkoda, że nie byłeś taki jak biłeś mnie i mamę. - towarzyszka ojca patrzyła tępo na mężczyznę. Chyba nic nie wiedziała o tym pobiciu.
- Zdaję mi się, że już tu nie mieszkasz. Nie masz prawa mi mówić, co mam robić. Porzuciłyście mnie... Zostawiłyście samego...- udawał poszkodowanego.
- Nie rozśmieszaj mnie. Przyszłam tylko po rzeczy. Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy. Nienawidzę Cię! - wykrzyczała mu w twarz. Wstał. Widać było po nim, że mocno się wkurzył. Chciał uderzyć dziewczynę, ale ona zrobiła szybki unik i zaczęła uciekać na górę. Przeciskała się między tymi ludźmi. Wbiegła po schodach. David cały czas ją gonił. Wbiegła do pokoju i zatrzasnęła za sobą drzwi. Zamknęła je na klucz. Odwróciła się i myślała, że zemdleje. Zobaczyła trzy kobiety.
- Kim Wy do cholery jesteście?! - miała ochotę płakać. One popatrzyły zdziwione.
- Jesteśmy znajomymi David'a. A Ty?- popatrzyły na nią zdziwione. Nie wytrzymała i rozpłakała się. Wzięła torbę i spakowała swoje rzeczy. Kobiety nie wiedziały, co się dzieje. Miała już wychodzić, ale przypomniała sobie, że za drzwiami stoi okrutny tyran. Postanowiła zaryzykować. Nie obchodziło ją już nawet to, że może ją uderzyć. Chciała być jak najszybciej w domu Moon'a. Otworzyła drzwi, do których dobijał się ojciec.
- Proszę bardzo. Uderz mnie, śmiało. No, zrób to. - wysyczała. - Zasłużyłeś sobie na moją nienawiść, więc nie rozumiem Twojej agresji, ale zrób to jeśli masz zrobić. Pobij mnie, jeśli ma Ci ulżyć.- jej policzki były całe mokre od łez. Tyran spojrzał na nią. Stał jak wryty. Dziewczyna odeszła. Wyszła z budynku. Odpaliła motor i wróciła. Obie matki jeszcze spały. Okazało się, że Moon nie poszedł do szkoły. Wpadła mu w ramiona. Płakała jeszcze bardziej.
- Ciii...Spokojnie... Co się stało? - uspokajał ją. Zaprowadziła go do pokoju i zaczęła opowiadać.
- Ojciec sprowadził do domu jakichś facetów i znajome. Zrobił tam melinę! Siedział w pokoju z kolejną kochanką... Chciał mnie pobić, bo wykrzyczałam mu, co o nim myślę. Uciekłam. Wzięłam swoje rzeczy i udało mi się uniknąć pobicia... Ledwo. - wtuliła się w jego ramię. Siedzieli tak przez pewien czas. Potem dziewczyna wzięła laptopa i otworzyła stronę z ogłoszeniami o wynajęcie domu. Moon zamknął klapę komputera.
- Twoja mama już znalazła dom. Całą noc szukała. W najbliższy weekend wyprowadzacie się. - powiedział.

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 13

Następnego dnia Morgana obudziła się w pustym pokoju. Poszła sprawdzić, co z mamą, jednak w tamtym pomieszczeniu także nikogo nie było. Zdziwiła się. Nie znała domu Moon'a. Zaczęła chodzić po budynku. Najpierw trafiła do łazienki. Przy okazji ubrała się i uczesała. Potem weszła do sypialni mamy Moon'a. Na koniec znalazła kuchnię. Okazało się, że jest już późno. Caroline siedziała przy stole i piła kawę razem z panią Kate- matką jej kolegi.
- Dzień dobry. Gdzie jest Moon? - zapytała wchodząc.
- Cześć, kochanie. Moon poszedł już dawno do szkoły.- odparła Kate. Dziewczyna nie wiedziała, dlaczego nikt jej nie obudził, ale domyślała się, że chcieli, aby odpoczęła. Wróciła do pokoju. Zobaczyła, że dzwonił do niej ojciec. Wystraszyła się. Czego od niej chciał?
Poszła zjeść śniadanie. Wypiła herbatę. Potem wzięła jakąś książkę z półki Moon'a i zaczęła czytać. Czas szybko leciał. Zanim się obejrzała do domu wrócił jej współlokator. Wszedł do pokoju i przywitał się z Morganą buziakiem w policzek. Razem z nim odrobiła zaległości. Potem jak zwykle rozmawiali. Pograli też na gitarze, pośpiewali.Postanowili przejść się na spacer. Szli, gdy w końcu chłopak powiedział:
- Morgana, musimy porozmawiać.
- Oczywiście, ale o czym? - zaciekawiła się.
- Nie mogę tak dłużej. Jestem w Tobie zakochany, jak wariat. Nie ma dnia, w którym bym o Tobie nie myślał. Pragnę być z Tobą o każdej porze dnia i nocy. Kocham Cię, Morgana.- chwycił ją za ręce i spojrzał w oczy. 
- Moon, ale...- zaczęła, ale on nie dał jej dokończyć.
- Ja wiem, że teraz masz inne sprawy na głowie. Wiem, że jest Ci ciężko z powodu ojca. Wiem też jakie masz zdanie na temat miłości, ale nie zabraniaj mi Cię kochać. To byłby dla mnie koszmar.- zasmucił się. Przez chwilę stała nie wiedząc, co ma powiedzieć. Potem odrzekła:
- Jestem Ci wdzięczna za to, co dla mnie robisz. Doceniam Twoje starania, ale ja po prostu nie potrafię kochać. Nigdy nie miałam chłopaka, nikt mnie tego nie nauczył.- spojrzała na swoje buty zawstydzona. 
- Nauczę Cię wszystkiego. Krok po kroku. Pokażę Ci czym jest prawdziwa, czysta miłość. Całowałaś się ze mną, spałaś ze mną, trzymałaś mnie za rękę, pozwalałaś bym Cię przytulał... To dobry początek. - uśmiechnął się.
- Nie chcę ranić Twoich uczuć, ale dla mnie to nic nie znaczyło. Nie wierzę w istnienie miłości, bo nikt nie udowodnił mi, że ona istnieje. - spojrzała mu w oczy.
- Dla mnie znaczyło to wiele... Nie namawiam Cię do niczego, bo wiem, że zrobisz jak będziesz chciała, ale możliwość uszczęśliwiania Cię jest moim marzeniem. 
- Moon, przepraszam. Nie jestem teraz w stanie o tym...- przyłożył jej palec do ust.
- Ciii... Rozumiem. Porozmawiamy o tym innym razem. - puścił jej ręce i zawiedziony ruszył w stronę domu. Morgana szła w pewnym oddaleniu. Nie wiedziała, co ma myśleć. Postanowiła się tym na razie nie przejmować. Chciała unormować sytuację z ojcem. Tak bardzo pragnęła, aby wszystko było tak jak dawniej. Gdyby tylko można było cofnąć czas... 
Weszli do środka. Zbliżała się noc. Matki były już w swoich pokojach. Moon poszedł do łazienki się wykąpać, a Morgana położyła się na łóżku, czekając na swoją kolej. Po kilkunastu minutach chłopak wszedł do pomieszczenia. Spojrzał tylko na dziewczynę i wskoczył pod kołdrę. Nie odezwał się. Obrócił się w stronę ściany i próbował zasnąć. Chyba mocno trafiły go słowa nastolatki... Morgana wstała i poszła do łazienki. Zobaczyła, że na lustrze znajdował się jakiś napis wykonany szminką. Przeczytała:
,,Jesteś najwspanialsza, ale ranisz moje uczucia''
 Aż skręciło ją w żołądku. Wzięła płatek kosmetyczny, zamoczyła go w wodzie i zaczęła ścierać napis. Łzy leciały jej po policzkach. Chwyciła za kolejny wacik i zmyła makijaż. Weszła pod prysznic. Namoczyła włosy i nałożyła szampon. Umyła całe ciało, spłukała głowę. Wyszła z kabiny i przebrała się w piżamę. Umyła zęby i była już gotowa do spania, ale nie miała na to wcale ochoty. Coś jakby rozrywało ją od środka. Nie dawała sobie z tym wszystkim rady. Osunęła się na ziemię i rozpłakała. Czuła wewnętrzny, psychiczny ból. Nagle ktoś zapukał do drzwi, które po chwili otworzyły się. W progu stała Kate. Spojrzała przerażona na dziewczynę. 
- Morgana, kochanie. Co się stało? - podeszła i podniosła nastolatkę z podłogi. 
- Nic, nic. Pójdę już spać. - wywinęła się i udała się do sypialni. Położyła się delikatnie. Moon chyba już spał. Odwróciła się do niego plecami. Nadal płakała. W pewnym momencie poczuła na swoim biodrze rękę chłopaka. Przysunął się do niej i przytulił tak, że poczuła się bezpiecznie. 
- Ciii... Nie płacz. Damy radę. - szepnął jej do ucha. Uspokoiła się trochę. W końcu zasnęła. 
Rano obudził ją głos Moon'a. 
- Hej. Idziesz do szkoły, czy wolisz zostać? Twoja mama powiedziała, że możesz sama zdecydować.
- A, tak. Już wstaję. - zaspana dziewczyna wygrzebała się z pościeli. Szybko pobiegła do łazienki, ubrała się i uczesała. Nie miała ochoty robić makijażu. Wróciła do pokoju, spakowała książki. Wpadła do kuchni, porwała kanapkę, zjadła i wyszła przed dom. Czekał już na nią Moon. Ruszyli. Rzeczywiście, od domu chłopaka było niedaleko do szkoły. Już od progu Moon'a dopadli znajomi.
- Hej. Idziesz dziś wieczorem na imprezę u Krzyśka? - koledzy klepali go po plecach, a koleżanki starały się, by być jak najbliżej niego. Nikt nie zwrócił uwagi na Morganę, która szybkim krokiem oddaliła się od grupy i udała się do szatni. 
- Nie, sorry. Mam inne plany.- Moon spławił ich i pobiegł za nastolatką. Gdy ją dogonił powiedział:
- Co jest? Czemu uciekłaś? 
- Nie mam zamiaru przebywać z tymi chłopakami, którzy popisują się mięśniami i z dziewczynami, z których tapetę można szpachelką zdzierać. - odpowiedziała kpiąco. 
- Ej, nie obrażaj moich przyjaciół! - naskoczył na nią.
- Przyjaciół? Śmieszne. A gdzie byli, kiedy ich potrzebowałeś? Jak zmarł Ci tata? Nikt nie podszedł i nie powiedział głupiego ,,współczuję''. Dziewczyny lecą tylko na Twój wygląd, nic o Tobie nie wiedzą. Chłopacy chcą się z Tobą kumplować, żeby mieć powodzenie u dziewczyn. Bez Ciebie żadna by na nich nie spojrzała. Jesteś żałosny, jeśli uważasz, że są Twoimi przyjaciółmi. - zarzuciła plecak na ramię i wyszła z szatni. 
- Masz rację... - pomyślał i udał się na lekcję. 
Po skończeniu zajęć wyszedł przed szkołę. O dziwo, nie było pod nią Morgany. Wrócił jeszcze raz do budynku i przeszukał go, ale nie znalazł tam dziewczyny. Poszedł do domu, ale tam też jej nie było. Pomyślał o cmentarzu. Wziął motor i pojechał tam. Nigdzie jej nie było. Zadzwonił do niej. Nie odebrała. Wrócił do domu. 
- Mamo! Pani Caroline! Gdzie jest Morgana?! - był przerażony. 
- Jak to? Nie ma jej z Tobą? - zdziwiły się. 
- Nie ma jej w szkole. Na cmentarzu też byłem. Nie odbiera. - prawie płakał z nerwów.
- Może poszła na spacer? Poczekajmy. To rozsądna dziewczyna, nie zrobiłaby czegoś głupiego. - uspokajała Caroline. Postanowili zaczekać. Morgana wróciła po dwóch godzinach. Nic nie mówiąc poszła do łazienki. Umyła się, przebrała jak do spania. Potem odrobiła lekcje. Wzięła laptopa mamy i zaczęła czegoś szukać. Moon zdecydował się z nią pogadać. 
- Gdzie byłaś? - zapytał, ale nie otrzymał odpowiedzi. Spytał jeszcze raz, ale tym razem też nie odpowiedziała. 
- Czego szukasz? - postanowił zmienić pytanie. 
- Jakiegoś domu do wynajęcia albo kupienia. Nie możemy przecież u Was wiecznie mieszkać. - powiedziała nie odrywając wzroku od ekranu. 
- Możecie mieszkać u nas ile chcecie. To żaden problem. - uśmiechnął się. Siedemnastolatka zamknęła komputer, odstawiła go na swoje miejsce i popatrzyła na chłopaka. 
- To jest problem. Nie chcę żyć na czyjejś łasce. Do tej pory tak było. Chcę to przerwać. Musimy znaleźć sobie nowy dom i uniezależnić się od innych. - powiedziała. Moon chwilę się zastanowił. Coś musiało się wydarzyć, skoro zmieniła swoje podejście do tej sprawy. 
- Wyjaśnij mi wszystko. Podobno nie masz przede mną tajemnic. Co się stało? Gdzie byłaś? - zapytał. Ona chwilę się zastanowiła. Potem położyła się koło niego i wtuliła. Leżała tak chwilę, a potem wyszeptała:
- Spotkałam się z ojcem.
Moon zaczął pytać po co, dlaczego, gdzie, jak? Wiedziała, że i tak musi mu to opowiedzieć, bo nie da jej spokoju, więc zaczęła:
- Zadzwonił do mnie na długiej przerwie. Powiedział, że chce się spotkać. Na początku miałam to zignorować, ale ciekawość zwyciężyła. Umówiłam się z nim w pubie. Oświadczył mi, że porzucił kochankę i chciałby, abyśmy do niego wróciły. Przeprosił za wszystko. Wciskał mi kit, że nie poradzimy sobie bez niego. Odpowiedziałam, że to, że uderzył mnie mogłabym mu wybaczyć, ale nigdy nie wybaczę mu tego, że pobił mamę. Wypomniałam mu wszystkie jego słowa. Jak mówił, że nie chce mieć takiej córki, że się do niczego nie nadaję. Na koniec wykrzyczałam mu prosto w twarz, że teraz ja nie chcę mieć takiego ojca i że go nienawidzę. Potem wyszłam. W drodze do domu uświadomiłam sobie, jak bardzo byłyśmy od niego zależne. Postanowiłam, że od tej pory nie pozwolę sobą manipulować i nie będę od nikogo zależna. - powiedziała i schowała twarz w jego bluzę. 
- Dobrze zrobiłaś. Dzielna dziewczynka. - pocałował ją w czoło. 


Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Jest dość długi, więc tym razem nie możecie się do tego przyczepić. :D Zapraszam do komentowania, obserwowania i zostawienia swojej opinii na moim ask'u. Tutaj link do niego: KLIK

czwartek, 11 czerwca 2015

Rozdział 12

Morganie śnił się ojciec. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że zabił on babcię. Dziewczyna ze łzami w oczach obudziła się godzinę wcześniej. Postanowiła, że wstanie teraz, ubierze się i przygotuje. Potem pójdzie do szkoły pieszo. Chciała zrobić to jak najszybciej, aby uniknąć kolejnej kłótni.
Wyszła z domu pół godziny wcześniej niż zwykle. Szła drogą rozmyślając o swojej rodzinie. Niesamowite jak wiele może zmienić śmierć jednej osoby. Dlaczego ojciec stał się taki okrutny? Morgana rozumiała Caroline. W końcu umarła jej mama, która dała jej wszystko, bo dała jej możliwość życia. Ale David? Nie przepadał za teściową. Po jej śmierci tylko udawał smutnego. Czemu się tak zmienił? Powinien wspierać żonę w trudnej sytuacji, a on tylko pogarszał sprawę. Morgana wiedziała, że mama nie płacze już tylko dlatego, że babcia zmarła. Bolało ją też to, że mąż przestał o nią dbać. Chyba nawet jej nie kochał. Córki też.
Nastolatka w końcu dotarła do szkoły. Przywitała się tylko z Moon'em. Na lekcjach znowu siedziała nieobecna. Nauczycielki pytały, o co chodzi. Dlaczego taka, w ostatnim czasie, pilna uczennica przestała słuchać i uważać? A ona cały czas odpowiadała, że wszystko w porządku. Kłamała. W rzeczywistości bardzo bała się o losy rodziny. Nie chciała, żeby się rozpadła, ale nie mogła już wytrzymać. Jednak ciągłe awantury to był tylko początek. Gdy wróciła do domu, stało się najgorsze.
Już od wejściowych drzwi słyszała krzyki i płacz matki. Przysłuchiwała się. Pragnęła dowiedzieć się, o co się kłócą.
- Dlaczego to zrobiłeś?! Po tylu latach małżeństwa! - krzyczała zapłakana Caroline.
- A co? Myślałaś, że będę utrzymywał ledwo żyjącą babę i wiecznie obrażoną córeczkę, która nie wie czego chce?! - odpowiedział David. Morgana podeszła bliżej, aby zobaczyć całą sytuację. Ojciec chodził zdenerwowany po pokoju, a matka siedziała na kanapie zapłakana.
- Nie mów tak o Morganie! To Twoja córka! - wykrzyknęła matka.
- Nie chcę mieć takiej córki! Nie przyznaję się do niej! Do niczego się nie nadaje! - odwrócił się w stronę kobiety. Morgana obserwowała zdarzenie ze łzami w oczach. Nie mogła w to uwierzyć. Jej tata, zawsze kochany tatuś nienawidził jej i nie przyznawał się do niej. Rozpłakała się.
- Ty dupku! Nienawidzę Cię! - wykrzyczała prosto w twarz David'owi Caroline.
- Coś Ty powiedziała, głupia idiotko?! - zbliżył się do niej. I stało się najgorsze. Uderzył ją w twarz. Z całej siły. Caroline podniosła na niego przerażone oczy.
- Jak śmiesz, tyranie? - wysyczała.
- Zamknij mordę! - zaczął ją bić pięściami, gdzie popadnie. Potem brał wszystko, co miał pod ręką i rzucał tym w swoją żonę. Nastolatce zrujnował się cały świat. Nie wiedziała, co ma zrobić. Wbiegła do pokoju i próbowała powstrzymać David'a. Był jednak za silny. Odepchnął ją tak, że upadła na podłogę. Wtedy okrutny tyran podszedł i kopnął ją w żebra.
- Zostaw ją! Możesz mnie nawet zabić, ale oszczędź Morganę! Nie bij jej! - krzyczała matka zasłaniając ciało dziewczyny. Tylko tyle zdąrzyła usłyszeć, bo potem zemdlała z potwornego bólu. 
Obudziła się w szpitalu. Leżała podpięta pod kroplówkę i mnóstwo innych kabelków i rurek. Nie pamiętała dokładnie, co się wydarzyło. Siedziała przy niej Caroline, która miała owiniętą głowę bandażem i wiele siniaków. Trzymała ją za rękę i wciąż płakała.
- Gdzie jestem? Co się stało? - zapytała rozkojarzona dziewczyna.
- Ciii, kwiateczku. Jesteśmy w szpitalu. Odpoczywaj. - z oczu Caroline popłynęły łzy. Jej twarz była spuchnięta. Morgana powoli zaczęła sobie wszystko przypominać. Kilka minut później przyszedł lekarz, aby sprawdzić jej stan. Stwierdził, że wszystko wraca do normy. Dziewczyna miała złamane jedno żebro, ale nie zagrażało to życiu. Doktor powiedział, że szybko się zrośnie. Wyszedł z sali.
- Mamo, opowiedz mi wszystko. Wyjaśnij. - rozpłakała się.- Dlaczego nasza cudowna rodzina stała się taką patologią?!
- Skarbie, obiecuję, że wszystko Ci wytłumaczę, ale nie teraz. Teraz musisz odpoczywać. Zdrzemnij się. - odpowiedziała smutno matka. Tak też zrobiła.
Obudził ją przeraźliwy ból. Zaczęła krzyczeć. Do sali szybko przybiegła pielęgniarka. Podała jej kolejną dawkę leków przeciwbólowych.
- Przepraszam, gdzie jest moja mama? - zapytała dziewczyna, gdy ból stał się znośny.
- Poszła się przespać, kochanie. Nic się nie martw. Pytał o Ciebie sympatyczny chłopak. Taki wysoki brunet. Przystojny. Chciał się z Tobą zobaczyć. Siedzi na korytarzu. Zawołać go? - powiedziała kobieta.
- Tak, proszę. - odparła nastolatka. Pielęgniarka wyszła, a po chwili przyszedł Moon. Usiadł przy niej i złapał jej rękę.
- Morgana, tak się bałem... Wszystko w porządku? Przybiegłem najszybciej jak mogłem. Twoja mama do mnie zadzwoniła. - zamartwiał się.
- Już nic nie będzie w porządku. Nigdy... - rozpłakała się. Chłopak przytulił ją. Siedzieli w milczeniu. Moon nie miał odwagi prosić teraz o opowieść, a Morgana nie chciała rozmawiać.
Kilka dni później dziewczyna mogła wyjść ze szpitala. Razem z matką wróciły do domu. Na szczęście nie było w nim David'a.
- Mamo, musimy stąd uciekać! Zwariujemy!
- Kochanie, nie mamy gdzie się podziać. Przepraszam, przykro mi. - odpowiedziała ze smutkiem kobieta, jakby była to jej wina.
- Poproszę Moon'a. Na pewno nas przenocuje. Potem czegoś poszukamy. - dziewczyna przytuliła matkę. Następnie wyjęła z kieszeni IPhone'a i wybrała numer Moon'a.
- Cześć. Mam do Ciebie ogromną prośbę. Przenocowałbyś mnie i moją mamę? Chociaż jeden raz. Nie możemy tu zostać. - zaczęła.
- Oczywiście, nie ma sprawy. Zawsze możesz na mnie liczyć. Nie mam super warunków, ale coś się wymyśli. Zaraz wyślę po Was mamę. - powiedział i rozłączył się. Kilka chwil później podjechał pod ich dom samochód. Zabrały najpotrzebniejsze rzeczy i wsiadły.
Dom Moon'a nie był brzydki, ale nie był też zbyt duży. Chłopak zaprowadził Caroline do pokoju, gdzie stało jednoosobowe łóżko. Nie było tam nawet miejsca, aby położyć jakikolwiek materac albo posłanie. Zbliżał się wieczór. Wszyscy się wykąpali i poszli do łóżek. Tylko Caroline, Moon i Morgana udali się do sypialni chłopaka. Musieli wszystko wyjaśnić. Usiedli na dwuosobowym łóżku nastolatka i zaczęli rozmawiać.
- Mamo, możesz mówić przy Moon'ie. Nie mam przed nim tajemnic.
- Dobrze. Wszystko zaczęło się od śmierci Twojej babci, Morgana. Załamałam się. Mama była dla mnie bardzo ważna. Dała mi wszystko i zawsze chciała dla mnie jak najlepiej. Pomagała mi, gdy tylko miałam jakiś problem. Dlatego ciężko mi pogodzić się z jej odejściem. David nie zbyt się tym przejął. Nie lubił jej, bo przed naszym ślubem mama odradzała mi małżeństwa z nim. Mówiła, że to zły człowiek, że kiedyś nas skrzywdzi. Nie ukrywała tego, powiedziała mu to prosto w twarz. - wspominała Caroline.
- Jakież ona miała przeczucie... - westchnęła Morgana.
- Gdy zmarła miałam wyrzuty, że się tym nie przejmuje. Wolał skryć się w pracy. Narzekał, że nic nie robię, a ja po prostu nie byłam w stanie. Popadłam w depresję. Terapia u psychologa nie wiele mi pomogła. Coraz mniej czasu spędzałam z nim. Użalałam się nad swoim życiem. Przestał o mnie dbać i nawet kochać. Wiedziałam, że coś jest nie tak. Pewnego dnia zauważyłam, że przyszedł do niego jakiś SMS. Zapomniał wziąć telefonu do pracy. Postanowiłam zobaczyć z kim pisze. To była jakaś kobieta. Umówił się z nią w hotelu. Wyraźnie się coś kroiło. Śledziłam go. Poszedł się z nią spotkać. Wtargnęłam do pokoju i okazało się, że była to jego kochanka. Zdradzał mnie. W domu zaczęłam się na niego wydzierać. Jak sama widziałaś kłóciliśmy się, a potem mnie pobił. Później Ciebie. Kiedy zemdlałaś trochę się wystraszył, że Cię zabił i przestał bić. Wyszedł z domu. Pewnie do tamtej. Zadzwoniłam na pogotowie i tak wylądowałaś w szpitalu. - zasmuciła się.
- Poszłaś na policję? Trzeba go zgłosić! - powiedziała siedemnastolatka.
- Nie. Za bardzo się bałam. Groził, że jeśli go zgłoszę to zrobi coś o wiele gorszego. - wyjaśniła. Rozmawiali jeszcze chwilę, a potem postanowili iść spać. Jednak pojawił się problem, bo Morgana nie miała gdzie się położyć.
- Śpij ze mną. - zaproponował chłopak.
- Moon, naprawdę Cię lubię, ale nie chcę więcej problemów. Musimy wymyślić coś innego. - wtrąciła Caroline.
- Obiecuję pani, że nic się nie wydarzy. Ma pani moje słowo.- przekonywał.
- Dobrze, ale proszę Was... - spojrzała zmartwiona.
- Spokojnie, mamo. My nawet nie jesteśmy parą. - zapewniała Morgana. Kobieta wyszła, a oni położyli się. Leżeli rozmawiając. Potem chłopak objął nastolatkę, a ona się przytuliła. I tak zasnęli.

środa, 10 czerwca 2015

Rozdział 11

Morgana chodziła do szkoły, chociaż z nikim nie rozmawiała. Jej relacje z rodzicami znacznie się pogorszyły. Z matką prawie wcale nie spędzała czasu, a z ojcem cały czas się kłóciła. Między Caroline i Davidem też się nie układało.
Morgana radziła sobie w szkole coraz lepiej. Zaczęła przykładać się do nauki. Całe dnie spędzała przed telewizorem albo z książkami. Na początku miała dużo SMS'ów, jednak potem ich liczba zmniejszała się z dnia na dzień. Tylko Moon ciągle pisał.
Pewnego dnia, w sobotę usłyszała pukanie do drzwi.
- Proszę. - powiedziała. W progu ukazał się Moon.
- Mogę wejść? - zapytał. Dziewczyna kiwnęła tylko głową i wróciła do nauki. Chłopak wszedł i rozglądał się po pomieszczeniu. Po chwili zapytał.
- Czemu ze mną nie rozmawiasz?
Musiał poczekać trochę na odpowiedź.
- Nie daję już sobie rady. - wstała i odwróciła się w jego kierunku. Podszedł.
- Chodź tu do mnie. - przyciągnął ją do siebie i przytulił. Tego jej brakowało. Od dawna nikt jej nie przytulił. Po kilku minutach odsunęła się i powiedziała:
- Całowałam się z Dante. - nie chciała go okłamywać. Moon na początku wściekł się, ale potem zdołał się opanować.
- W takim razie ja nie mogę być gorszy. - pochylił się i delikatnie musnął jej usta. Ku jego zdziwieniu Morgana odwzajemniła pocałunek. Potem długo rozmawiali. Dziewczyna postanowiła, że będzie z nim utrzymywać kontakt, a Dante'mu jakoś to wytłumaczy.
Następnego dnia Morgana jak zwykle wstała rano do szkoły. Przygotowała się, zjadła śniadanie i wyszła przed dom. O 7.03 przyjechał autobus. Gdy do niego wsiadła okazało się, że Moon, tak jak kiedyś, przyjechał po nią. Od razu poprawił jej się humor. Usiadła obok niego bez słowa. Zrozumiał, że nie chce teraz rozmawiać. Oparła głowę o jego ramię i jechali w milczeniu. W szkole Moon odprowadził Morganę pod klasę i poszedł pod swoją.
W dziewczynie znowu zaczęła się walka. Wybrać Moon'a czy Dante'go? A może walczyć z uczuciem? Nie wybrać żadnego? Wiedziała już jedno. Teraz jest za późno. Całowała się z obojgiem, zrobiła im nadzieję. Nie była aż taka bez serca, aby teraz ich zostawić. Chociaż wiedziała, że i tak zrani któregoś z nich.
Na lekcji dziewczyna siedziała nieobecna. Ciągle o tym myślała. Nie wiedziała, co ma robić. Najchętniej wcale by tego nie zaczynała.
- Morgana! - wyrwał ją z myślenia głos nauczycielki z matematyki.
- Tak, słucham? -odpowiedziała.
- Zapytałam, jaki będzie tu wynik?
- Przepraszam, nie słuchałam. Nie wiem nawet, które zadanie robimy. - odrzekła zawstydzona.
- Zostań proszę po lekcji.- spojrzała zmartwiona na Morganę.- Kamil, jaki będzie tu wynik?
Do końca zajęć zostały 2 minuty. Matematyczka pozwoliła wszystkim wyjść.
- Morgana, co się dzieje? Nie uważałaś dziś na zajęciach, a zwykle słuchasz. - zaczęła pani profesor.
- Nic się nie dzieje. Po prostu trochę się zamyśliłam. Przepraszam. - odpowiedziała.
- Na pewno? Może masz jakieś problemy? - zamartwiała się.
- Nie, proszę pani. Dzisiaj jakoś słabo się czuję, to tyle. - skłamała.
- To może idź do domu? Powiem Twojej wychowawczyni, że Cię zwolniłam.
Po skończeniu rozmowy nastolatka wyszła z klasy. Była już następna lekcja. Zeszła na główny korytarz i sprawdziła jaką lekcje ma teraz Moon. Geografia. Napisała do niego SMS'a.
*Chodź ze mną do domu. Teraz.*
Po chwili odpisał jej.
*Przecież mam lekcje*
*Powiedz, że idziesz do łazienki i uciekniesz. Proszę. Czekam przed szkołą.*
Po kilku minutach przed budynkiem pojawił się Moon. Razem z Morganą wyszli poza teren liceum. Postanowili, że pójdą na pizzę. Oczywiście, musiała mu wszystko wyjaśniać. Zjedli i poszli do parku. Usiedli na ławce.
- Pamiętasz? Tutaj po raz pierwszy ze sobą gadaliśmy. Może przejdziemy się jak wtedy?- zaproponował Moon.
- Pamiętam. Chodźmy. - odpowiedziała.
Szli wokół jeziora trzymając się za ręce i nie zwracając uwagi na cały świat. Usiedli na pomoście.
- Dlaczego nie wróciłaś do domu skoro się źle czułaś? - zapytał chłopak.
- Nie czułam się źle. Skłamałam, bo zaczęła pytać czy mam problemy. - oparła się o niego.
- A dlaczego nie poszłaś prosto do domu? - dał jej całusa w nos.
- Tata znowu zrobiłby awanturę. Czepiałby się, że uciekam, że się nie uczę. Ponownie mówiłby, że nie ma ze mnie pożytku. Twierdzi, że nie poradzę sobie w życiu, bo nie myślę o pracy. Mówi też, że dziecinnie się zachowuję. Śmierć babci wszystko zmieniła.- zasmuciła się.
- Przykro mi. Nie wiedziałem, że jest tak źle. A co z mamą?
- Mama? Mama ciągle siedzi w pokoju. Chyba popadła w depresję. Czyta albo pracuje na komputerze. Nie chodzi do pracy. Myślę, że rodzice przestali się kochać. Zachowują się, jakby nigdy nie byli małżeństwem. Nawet nie rozmawiają. - z jej oczu popłynęły łzy. - I czuję, że będzie jeszcze gorzej.
Chłopak mocno ją przytulił. Zapewnił ją, że może na niego liczyć zawsze.
- Tęsknię za babcią. - powiedziała, gdy się uspokoiła. - Ona wprowadzała w nasze życie harmonię.
- Chodźmy na cmentarz. - Moon wstał i zmusił do tego samego Morganę. Poszli.
Na cmentarzu Morgana zapytała:
- Najpierw tata czy babcia?
Chłopak chwilę się zastanowił. Z chęcią poszedłby do taty, jednak odpowiedział:
- Babcia.
Skręcili w odpowiednią alejkę. Spędzili jakieś 20 minut przy tym grobie, a potem następne 20 przy grobie ojca Moon'a. Potem wrócili do domów.
Na Morganę czekało to samo co zwykle. Awantura. Gdzie byłaś? Z kim? Dlaczego nie wracasz od razu po szkole? Zapłakana dziewczyna uciekła do siebie. Myślała, że gorzej już nie może być. Jak się potem okazało, jednak mogło być gorzej.

niedziela, 7 czerwca 2015

Rozdział 10

Przez następne dni Morgana nie chodziła do szkoły. Mimo, że nie była wierząca poszła na pogrzeb babci. Cały czas płakała i nie umiała się z tym pogodzić. Po pogrzebie pojechali od razu do domu, nie zostając na stypie. W domu Caroline ugotowała obiad, ale Morgana nie chciała jeść. Od śmierci babci bardzo mało jadła albo wcale. Siedziała w pokoju sama. Z nikim nie pisała, z nikim nie rozmawiała. Miała wiele wiadomości i nieodebranych połączeń. Zaczął dobijać się do niej Dante, ale na marne.
Caroline zaczęła zaniedbywać pracę. David musiał pracować podwójnie. W końcu miał dość i zapisał żonę na terapię psychologiczną. Myślał, że Morganie to nie potrzebne, że radzi sobie, bo chodziła do szkoły. W rzeczywistości było inaczej. Wsiadała rano do autobusu i jechała na cmentarz do babci. Siedziała tam aż do godziny skończenia lekcji.
David dostał telefon od nauczycielki, że jego córka od jakiegoś czasu nie pojawiła się w szkole. Postanowił z nią porozmawiać. W tym celu poszedł do jej pokoju. Miała zgaszone światło. Leżała skulona w leginsach i workowatej bluzie. Jej włosy dawno nie widziały szczotki. Gdy ojciec zapalił światło mruknęła oburzona.
- Zgaś!
- Nie. Musimy porozmawiać. - powiedział stanowczo.
- Czego chcesz? - usiadła.
- Jak Ty się do mnie odzywasz?! Twoja nauczycielka powiedziała mi, że od dawna nie chodzisz do szkoły. Wyjaśnisz mi to?!- zdenerwował się.
- Przecież chodzę, a ta głupia baba sobie coś wymyśliła. - próbowała go zbyć.
- Słuchaj. Twoja babcia zmarła już dawno, czas się z tym pogodzić. Ty i Twoja matka przekraczacie wszelkie granice! Nie będę za Was wszystkiego robił! Mam dość! - krzyczał.- Dopilnuję, żebyś poszła do szkoły!
Następnego dnia David obudził Morganę. Wstała. Ubrała o wiele za dużą bluzę i pierwsze lepsze spodnie z szafy. Umyła zęby, a niepoczesane włosy spięła w coś przypominającego koka. Wyszła przed dom. Ojciec poinformował ją, że dzisiaj jedzie z nim. Wsiadła do samochodu.
W szkole poszła do szatni. Przebrała się i usiadła. Kiedy zadzwonił dzwonek nie ruszyła się z miejsca. Poszła na lekcje po 20 minutach. Nauczycielka nakrzyczała na nią, ale ona nic sobie z tego nie robiła. Na przerwach ludzie patrzyli na nią jak na UFO. Nic dziwnego, wyglądała jak wrak człowieka. Na długiej przerwie spotkał ją Moon. Szedł z grupką kolegów, ale kazał im iść dalej, a on sam podszedł do dziewczyny.
- Jak Ty wyglądasz? - patrzył na nią zdziwiony.
- Nie Twoja sprawa jak wyglądam. Odejdź. - mówiła ze spuszczoną głową.
- Słyszałem, że zmarła Ci babcia. Współczuję. - chciał ją przytulić, ale ona go odepchnęła.
- Nie potrzebuję Twojego współczucia. Powiedziałam odejdź! - zaczęła się irytować.
- Dlaczego nie odbierasz ode mnie? Nie piszesz? - nie odpuszczał. Chwycił ją za ręce. Wyszarpnęła się i odeszła bez słowa.
Wracała do domu autobusem. Pod domem stał jakiś samochód. Gdy wysiadała ktoś zaciągnął ją za róg domu. To był Dante.
- Zostaw plecak i wyjdź. - powiedział. Tak zrobiła. Poszła do siebie, odłożyła rzeczy. Miała już wychodzić, gdy zatrzymał ją David.
- Gdzie Ty znowu idziesz?!
- Na spacer. - powiedziała obojętna.
- Pewnie znowu na ten cmentarz! - krzyczał.
- Będę robić, co zechce. - wyszła i trzasnęła drzwiami. Jej relacje z rodzicami znacznie się pogorszyły.
Dante czekał już w samochodzie. Dostał go od rodziców, zaraz po tym jak zdał na prawo jazdy. Zawiózł ją do lasku, niedaleko cmentarza. Kazał poczekać. Wyciągnął z bagażnika jakiś plecak. Usiadł z Morganą pod drzewem.
- Mam coś, co Ci pomoże. Zdobyłem specjalnie dla Ciebie. - powiedział i wyciągnął jakąś torebeczkę z czymś zielonym. Pokazał dziewczynie.
- Co to? - zapytała.
- Marihuana. - uśmiechnął się.
- Zwariowałeś? Chcesz zrobić ze mnie ćpunkę? - oburzyła się.
- Jaką ćpunkę? To pomoże Ci się zrelaksować i ukoi ból. - mówił przekonująco. Zrobił skręta i zaczął go palić. Po chwili podał Morganie. Po chwili namysłu postanowiła spróbować. Gdy spaliła do końca poczuła wewnętrzny spokój. Zapomniała o wszystkim. Przybliżyła się do Dantego i wtuliła się. Potem usiadła mu na kolana.
- Widzisz, rybko? Dużo lepiej. - objął ją.
- Tak, ale już więcej tego nie zrobie. Nie chce, żeby rodzice... - przyłożył jej palec do ust.
- Ciiii... - chwycił ją za szyję i delikatnie pocałował. Nie była sobą, więc pozwoliła mu na to. Potem siedziała przytulona aż ten stan minął. Dante odwiózł ją do domu.
- Dziękuję. - powiedziała.
Chciał ponownie ją pocałować, ale wiedział, że teraz się na to nie zgodzi. Cmoknął ją tylko w policzek i odjechał. Morgana poszła do swojego pokoju. Na szczęście taty nie było w domu. Wtedy uświadomiła sobie, że przeżyła swój pierwszy pocałunek. Zamiast się z tego cieszyć, zaczęła rozpaczać. Z jednej strony była wdzięczna Dante'mu, a z drugiej złościła się, że tak postąpił.
Odrobiła lekcje i próbowała zanąć. Z dołu słyszała awanturę rodziców, ale nie wnikała w to. Nic już jej nie obchodziło. Czuła, że w jej życiu zachodzi wielka zmiana.

Piszcie, czy podobało się Wam to. Jeśli chcecie, mogę jutro napisać jeszcze jeden rozdział, bo ostatnio piszę jakieś krótkie. Piszcie w komentarzach, lub na asku. :)

piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział 9

W końcu nadszedł weekend. Morgana nie miała żadnych planów. Chciała trochę odpocząć w domu i wyzdrowieć do końca. Wstała o 12.00. Jak zwykle, ktoś napisał. Zignorowała to. Dzisiaj wolała być sama. Zeszła na dół zrobić sobie śniadanie. Posmarowała małą kromkę chleba masłem i położyła na nią plaster szynki. Zaparzyła herbatę. Usiadła przy stole i jadła w milczeniu. Dużo myślała. Miała przeczucie, że stanie się coś złego. Po śniadaniu wróciła do siebie. Włączyła muzykę i położyła się na łóżku. Tępo patrzyła w sufit. IPhone ciągle drżał, a wiadomości przybywało. Stało się coś? Nie odebrała żadnego SMS'a. Ciągle leżała. Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła. Obudził ją przepełniony smutkiem głos Caroline:
- Morgana! Wstań. Obudź się. - płakała.
- Mamo, co się dzieje? Dlaczego płaczesz? - zdziwiła się. Matka nie odpowiedziała jej, usiadła obok i przytuliła ją mocno. Dziewczyna zadawała mnóstwo pytań, ale na żadne nie uzyskała odpowiedzi. W końcu odpuściła. Zaprowadziła Caroline do sypialni. Przemęczona płaczem, zasnęła. Morgana długo zastanawiała się, jaki jest powód smutku mamy. Obeszła cały dom w poszukiwaniu ojca. Nie znalazła go nigdzie. Pewnie był w firmie. Zostawiła na stole liścik z informacją, dokąd jedzie. Wzięła taksówkę i pojechała do pracy rodziców. Znalazła biuro ojca. On także siedział przygnębiony. Zdziwił się, gdy zobaczył swoją córkę.
- Hej, tato. Co się dzieje? Mama płacze i nie odpowiada na pytania, Ty siedzisz przygnębiony. Wyjaśnisz mi to?- domagała się wytłumaczenia.
- Morgana, córeczko... Twoja babcia nie żyje. - powiedział i opuścił głowę. Na początku nie docierało to do dziewczyny. Stała sparaliżowana przed biurkiem ojca. Po chwili bez słowa wybiegła z pomieszczenia. Biegła przed siebie. Nie wiedziała dokąd podąrza. Nie zadzwoniła po taksówkę. Zmierzała w przeciwną stronę od domu. Nie mogło to do niej dotrzeć. Jej babcia umarła. Tak bardzo kochała tą kobietę. Była dla niej jak druga matka, a zarazem przyjaciółka. Rozumiały się bez słów. To z nią Morgana miała najlepsze wspomnienia. Były do siebie takie podobne. Uważała ją za najmądrzejszą istotę na Ziemi. Babcia zawsze pomagała jej w problemach. A teraz? Nie mogła się już nawet do niej odezwać. Nastolatka miała wyrzuty sumienia, że wtedy, zamiast zostać z babcią, poszła do przyjaciół. Obwiniała siebie za jej śmierć, chociaż doskonale wiedziała, że to nie jej wina.
Po półgodzinnym biegu była już bardzo zmęczona. Trafiła na jakąś dzielnice miasta, na której jeszcze nigdy nie była. Usiadła pod zniszczonym budynkiem. Najgorsze miejsce jakie widziała... Wszystko brudne, poniszczone... Skuliła się i zaczęła płakać. Siedziała tak do wieczora wspominając. Kiedy nadszedł wieczór chciała wracać do domu. Nie znała drogi powrotnej, bo gdy biegła nie zwracała uwagi, gdzie się znajduje. Chciała zadzwonić, ale nie wzięła z domu telefonu. Zgubiła się. Nie wiedziała, co ma robić. Wstała i chodziła dookoła budynku. Podszedł do niej jakiś starszy, pijany facet. Zapytał, co tu robi, ale miał pecha. W chwili, kiedy nastolatka dowiedziała się o śmierci babci coś w niej pękło. Wróciła dawna Morgana. Znowu nienawidziła wszystkiego i każdego. Ponownie wzbudziła się w niej agresja. Zamiast zignorować mężczyznę, zaczęła się na nim wyżywać.
- Odejdź! Idź sobie! Nie Twoja sprawa! Co Ty wiesz o życiu? Do niczego się nie nadajesz! - krzyczała płacząc. Mężczyzna chciał do niej podejść i ją przytulić, pocieszyć, ale ona odepchnęła go i zaczęła uciekać. Znowu biegła przed siebie. Tak bardzo chciała być w domu. W końcu zatrzymała się jakaś kobieta. Zaproponowała, że ją odwiezie. Morgana podała jej adres i spokojnie wróciła. Poszła sprawdzić, co z mamą. Nadal leżała nieobecna, zapłakana. Przeżywała to jeszcze gorzej. Dziewczyna weszła na górę. Sprawdziła SMS'y. Miała ich sporo. Odczytała.
*Hej. Przepraszam za moje zachowanie. Mam nadzieję, że nie jesteś zła*
Od Dante'go. Kolejny też był od niego.
*Czemu nie odpisujesz?*
Następny tak samo.
*Odezwij się. Co się stało?*
Na żaden nie odpowiedziała. Kolejny był od Teresy.
*Dante mówił, że coś się stało. To prawda? Zadzwoń do mnie.*
Jednak ona nie miała zamiaru tego robić. Kolejna wiadomość była oczywiście od Moon'a.
*Jesteś wspaniała.*
Postanowiła odpisać.
*Nie jestem i nigdy nie będę. Nie mów tak, nie kłam. Po co pojawiałeś się w moim życiu?!*
Agresja... Siedemnastolatka miała teraz do każdego pretensje. Chciała, aby wszyscy zniknęli. Tylko, żeby babcia do niej wróciła... Po chwili usłyszała dzwonek IPhone'a.
- Czego? - powiedziała z wyrzutem. Nawet nie sprawdziła, kto dzwoni. Domyślała się.
- Co Ci jest? Zrobiłem coś nie tak? - zapytał przestraszony Moon.
- A Ty jak zwykle o sobie. Żegnaj. - rozłączyła się. Siedziała słuchając rock'a przez wiele godzin. Dużo rozmyślała. Zdała sobie sprawę, że może liczyć już tylko na przyjaciół. Postanowiła się z nimi skontaktować. Teresa i Dagmara nie odbierały. Został tylko Dante.
- Halo? - powiedziała, gdy odebrał.
- Morgana? Nareszcie się odezwałaś. Czemu nie pisałaś? Martwiłem... To znaczy martwiliśmy się o Ciebie, cała paczka. - mówił przejęty.
- Potrzebuję spotkania. Zmarła mi babcia. Przyda się dużo wsparcia. Przyjedzcie jak najszybciej. I... przygotujcie się... - powiedziała cicho.
- Och, przykro mi. Przyjedziemy jak najszybciej się da. Wiem o co chodzi. Trzymaj się. - nie okazywał wielkiego współczucia, bo wiedział, że Morgana tego nie lubi. Jedynie on to wiedział. Resztę dnia nastolatka spędziła na oglądaniu telewizji, a potem jak zawsze położyła się spać. Ze łzami w oczach...

Taki krótki rozdzialik. Zapraszam do czytania i zostawienia opinii w komentarzu, bądź na moim ask'u. :)

środa, 3 czerwca 2015

Rozdział 8

Kilka dni później Morgana naprawdę się rozchorowała. Znowu musiała prosić rodziców, aby zostać w domu. Tym razem nie chcieli tak łatwo uwierzyć, jednak w końcu się udało. Dziewczyna nie miała ochoty nawet wstawać z łóżka. Mama przynosiła jej herbatę i leki. Strasznie jej się nudziło. Chciała zadzwonić do kogoś, ale wszyscy byli w szkole i nie mieli czasu na rozmowę. Nie dzwoniła tylko do Dante'go i Moon'a. Kilka godzin później nie mogła już wytrzymać i zebrała się na odwagę, aby się do któregoś z nich odezwać. Na początku padło na Dante'go. Wybrała jego numer i nacisnęła zieloną słuchawkę.
-Halo? - odezwał się.
- Cześć, Dante. Masz czas? - zapytała.
- O, hej. Zależy, o co chodzi?
- Jestem chora i koszmarnie się nudzę w domu. Zadzwoniłam, żeby pogadać, bo dziewczyny są zajęte. To jak? - wyjaśniła.
- Bardzo bym chciał pogadać, ale teraz pomagam ojcu. Wybacz.
- Rozumiem. To nie będę Ci przeszkadzać. Pa.
- No pa. - rozłączył się.
Ech, nawet on nie miał dla niej czasu. Morgana zauważyła, że zaszła w niej jakaś zmiana. Kiedyś nie rozmawiała z nikim za często. Wolała słuchać rock'a w samotności, a teraz? Teraz nudziło jej się w jej własnym towarzystwie. Jak mogło do tego dojść? W dodatku miała problem z chłopakami. Kiedyś to się nie zdarzało...
Po skończonej rozmowie z przyjacielem postanowiła wykonać kolejny telefon. Do Moon'a.
- Tak, słucham. - odebrał.
- Hej, Moon. Jesteś zajęty?
- Och, Morgana. O co chodzi? - zapytał.
- Zachorowałam i nudzi mi się samej w domu.
- Zaraz będę. - powiedział i się rozłączył. Zdziwiło to Morganę. Jeszcze nikt nie rzucił wszystkiego, żeby się z nią spotkać. To urocze.
Chwilę później dziewczyna usłyszała dzwonek do drzwi. Podniosła się z łóżka, założyła kapcie i zeszła, aby otworzyć.
- No hej. Jestem. - wyszczerzył swoje białe, równe zęby.
- Dziękuję, że przyszedłeś. Wejdź. - odwzajemniła uśmiech. Chłopak przeszedł przez próg i wyciągnął zza pleców bukiet kwiatów, po czym dał je Morganie.
- Och, dziękuję. Nie musiałeś.- była nieco zniesmaczona. - Kawy czy herbaty?
- Kawkę, poproszę.
- To ja też wypiję. - zaprowadziła Moon'a do kuchni. Wyciągnęła z szafki kubki, zasypała i wstawiła wodę.
- Wybacz, że jestem taka nieogarnięta, ale wstałam dopiero z łóżka. - przeczesała ręką włosy.
- Nie szkodzi i tak jesteś piękna. - uśmiechnął się. W tej chwili czajnik dał znać, że woda jest już zagotowana. Zalała kubki i powiedziała:
- Weź kawę i chodź do mojego pokoju. Musimy pogadać.
Moon bez słowa wziął swój kubek i ruszył za Morganą.
- Ładny pokój. - pochwalił. Ona nie odpowiedziała na to i usiadła na łóżku, wskazując, by usiadł gdzie chce. Tak też zrobił.
- O czym chciałaś pogadać? - zapytał.
- Chciałabym, żebyś nie starał się być taki romantyczny i wgl. - wzięła łyka napoju.
- Co masz na myśli? - popatrzył na nią.
- Chcę, żebyś był naturalny. Nie za bardzo lubię romantyków. Zachowuj się jakbyś był moim kolegą. Zwykłym kolegą.
- Dobrze, więc znowu zacznę zadawać się z poprzednim towarzystwem i nie będę się Tobą interesował. - zdenerwował się.
- Spoko. Rób, co chcesz. Nie jestem Twoją matką. - udawała obojętną. Tak naprawdę nie chciała, żeby teraz wyszedł, bo znowu nudziłaby się. Nie odpowiedział. Wziął łyka kawy i zrelaksował się na fotelu. Przez kilka minut nie rozmawiali. Chłopak rozglądał się po pokoju.
- Gitara? Umiesz grać? - zapytał zauważając instrument w rogu pomieszczenia.
- Nie, ale mój dziadek potrafił. Dostałam ją od niego. - odpowiedziała patrząc w inną stronę. Moon wstał i chwycił gitarę. Następnie wrócił na miejsce. Zaczął muskać struny, jakby sobie coś przypominał.
- A Ty co robisz? Nie gadaj, że potrafisz...- zdziwiła się. W tej chwili usłyszała melodię. Grał jej ulubioną piosenkę. Wychodziło mu znakomicie. Morgana była zachwycona. Siedziała i wsłuchiwała się. Nagle zaczął śpiewać. Miał przepiękny głos. Znał każde słowo na pamięć. W pewnym momencie przestał.
- Pośpiewaj ze mną. - zaśmiał się. Wstał i usiadł obok dziewczyny.
- Ja... Nie umiem... Nie potrafię śpiewać. - zawstydziła się. W sumie to nigdy nie próbowała.
- No dalej. Znasz słowa i melodię. Daj się ponieść muzyce. - zachęcał. Rozpoczął od nowa. Zaśpiewał pierwszą zwrotkę. Kiedy miała się zaczynać druga spojrzał na Morganę. Ta pokiwała głową. Zamknęła oczy i zaczęła śpiewać. Już po paru dźwiękach otworzył szeroko oczy i usta ze zdziwienia. Jej głos był wspaniały. Chwilami mocny, a czasem delikatny. Żyła tą piosenką.
- Wow! To było super! Jak Ty przepięknie śpiewasz! - nie mógł w to uwierzyć.
- Dziękuję. Nigdy nie śpiewałam. - uśmiechnęła się lekko.
- To powinnaś zacząć. Może jeszcze raz, razem? - zaproponował.
- Świetny pomysł. - zaśpiewali ten i jeszcze wiele innych utworów. W międzyczasie zjedli chipsy i inne przekąski. Potem położyli się na podłodze, na której leżał materac. Nastolatka nie mogła powstrzymać się i przytuliła Moon'a. Był zszokowany. Nie myślał, że doczeka tej chwili. Tak jak prosiła, nie starał się być romantyczny. Zaczął ją łaskotać. Dziewczyna piszczała i wyrywała się mu. Spędzili razem cały dzień. Wieczorem zadzwonił IPhone Morgany.
- Hej, Dante. - zaczęła.
- No cześć. Mogę już gadać. Co u Ciebie? - zapytał radośnie.
- Wszystko w porządku. - spojrzała na Moon'a, który miał niezadowoloną minę z powodu telefonu - Nie obrazisz się, jeśli odezwę się później?
- Myślałem, że chciałaś pogadać. - zdziwił się.
- No tak, ale teraz jestem troszkę zajęta. Przepraszam. - nie chciała zostawiać Moon'a. Spędziła z nim fajne popołudnie i nie chciała tego zepsuć.
- Nie masz za co przepraszać. Możesz dzwonić, kiedy tylko zechcesz. Pa. - powiedział i rozłączył się. Morgana odłożyła komórkę. Ponownie położyli się na materacu. Leżeli w milczeniu. Po chwili dziewczyna przerwała ją.
- Hmmm... Czy Moon to nie jest coś związanego z księżycem? - wyszeptała.
- Tak. Moon znaczy księżyc. - zaśmiał się.
- Hmmm... więc będziesz Księżycowym Chłopcem. - uśmiechnęła się. Chłopak wybuchnął śmiechem. Morgana dołączyła do niego. Zanim się obejrzeli, wybiła 21.00.
- Robi się późno. Pójdę już. - powiedział wstając.
- No dobrze, Księżycu. - spojrzała mu prosto w oczy. Mimowolnie spodobała mu się nowa ksywka.
- Zdrowiej. - wziął swoją kurtkę i wyszedł. Morgana postanowiła się wykąpać. Potem chwyciła komórkę i zadzwoniła do Dante'go. Nie odebrał. Czekała aż oddzwoni. W końcu IPhone zaczął wibrować.
- Cześć. - powiedziała.
- Hej. - powiedział cichym głosem.
- Co się stało? Jesteś jakiś smutny.- zaniepokoiła się.
- Byłaś z nim. - odpowiedział oschłym głosem.
- Z kim? - zapytała zaskoczona.
- Z tym, którego imię brzmi Księżyc. - wyszeptał.
- Nie rozmawiajmy o tym. Chciałam po prostu z kimś pogadać. - oburzyła się.
- Nie licz na to, że pozwolę mu Cię zabrać. - brzmiał przerażająco.
- Dante, o co Ci chodzi? Co Ci jest?- zaczęła się bać. - Skąd o tym wiesz?
- Miałem takie przeczucie. Uważam, że nie jesteś głupia i zauważyłaś, że wciąż coś do Ciebie czuję.
- Zauważyłam, ale nie chcę o tym rozmawiać. Ta rozmowa nie ma sensu. Odezwij się, jak się uspokoisz. Na razie. - nie czekając na odpowiedź zakończyła połączenie. Tylko nie to! Jeszcze tego brakowało, żeby jej przyjaciel był o nią zazdrosny. Nie podobała jej się ta sytuacja coraz bardziej, ale postanowiła nic z tym nie robić. Poszła spać.

Wybaczcie, że taki krótki rozdział, ale jestem dziś zmęczona. Mam nadzieję, że mimo to spodoba się Wam. Pozdrawiam wszystkich czytelników.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Rozdział 7

Tego dnia Morgana miała nie iść do szkoły. Musiała tylko powiedzieć coś rodzicom. Wiedziała, że jeśli powie im prawdę każą jej iść na zajęcia. Bardzo chciała spotkać się z przyjaciółmi, ale jej rodzice uważali, że nauka jest ważniejsza. Najpierw obowiązki potem przyjemności.
Dziewczyna wstała jak zwykle rano i poszła do kuchni. Był w niej David. Zrobiła obolałą minę.
- Tato...- starała się, aby wyglądać na naprawdę cierpiącą.
- Słucham Cię, słońce. Czemu jesteś jeszcze w piżamie? - obejrzał jej strój
- Strasznie boli mnie głowa i brzuch też. Koszmarnie się czuję. Chyba się rozchorowałam. Może w szkole panuje jakiś wirus? Jak pójdę, to zarażę więcej osób.- zakaszlała.
- To weź tabletkę. Za chwilę Ci przejdzie. - nie zwrócił na to większej uwagi. Co by tu zrobić, żeby uwierzył? Źle czuła się z tym, że go okłamuje, ale zależało jej na spotkaniu.
- Ale tato... - nagle przyłożyła rękę do ust, drugą do brzucha i wybiegła w kierunku łazienki.
- Caroline! - zawołał wystraszony David. To jego żona zwykle zajmowała się chorym dzieckiem. - Chodź tu!
- Co się stało? - weszła do kuchni nieco zaspana.
- Morgana jest chora. Pobiegła do łazienki. - wyglądał na zmartwionego. Caroline udała się w stronę pomieszczenia. Zapukała do drzwi.
- Córeczko, co się dzieje? - po chwili usłyszała odpowiedź:
- Źle się czuję. - wyszła z łazienki.
- Rzeczywiście, nie wyglądasz najlepiej. Zostań dziś w domu. Zaraz zrobię Ci herbatę i przyniosę leki. Leć do łóżka. - i tak zrobiła. Udało się! Pierwsza część planu powiodła się.
Morgana wróciła do siebie.Napisała do Dante'go.
*Udało mi się przekonać rodziców, żeby nie iść do szkoły. Teraz tylko wydostać się z domu...*
Odpisał niemal od razu.
*Super. Za kilka godzin mamy autobus. Przyjdź po nas na przystanek.*
*OK. Będę czekać.*
Zostało sporo czasu. Nie wiedziała co ma robić. Po chwili przyszła Caroline.
- Jak tam, kochanie? Lepiej?- zapytała zmartwiona.
- Nie za bardzo. - szepnęła jakby nie miała siły mówić.
- Proszę, przyniosłam Ci herbatę i lekarstwa. Połknij, a herbatę wypij póki ciepła.
- Dziękuję, mamo. - kaszlnęła.
- Dzwoniłam do Twojej wychowawczyni. Powiedziałam, że nie będzie Cię w szkole, bo jesteś chora.
- Dobrze. - pociągnęła nosem. Matka podeszła do niej i pocałowała w czoło.
- Zdrowiej. - uśmiechnęła się. Morgana zrobiła to samo. Gdy kobieta wyszła wyskoczyła spod kołdry. Nie połknęła leków, bo mogło jej to zaszkodzić. Wrzuciła je do kosmetyczki. Herbatę wypiła. Nadal było dużo czasu. Postanowiła, że się zdrzemnie.
- Morgana... - obudził ją głos mamy. Minęła chwila zanim się rozbudziła.
- C-co? - ziewnęła.
- Jak się czujesz? - dotknęła jej czoła.
- Troszkę lepiej. Nie powinnaś być w pracy?
- Wyszłam wcześniej, żeby móc się Tobą zaopiekować. - pogładziła jej włosy.
- Która godzina? - zapytała Morgana. Bała się, że zaspała i jej znajomi już na nią czekają.
- Za dwadzieścia dwunasta, słonko.- Caroline wyszła z pokoju.
Dziewczyna spojrzała na telefon. Miała 3 wiadomości. Odczytała je. Pierwsza była od Teresy.
*Wsiedliśmy do autobusu.*
To znak, że czas wstać i się szykować. Zauważyła jednak, że SMS został wysłany jakieś 20 min temu. Trzeba się pospieszyć.
Druga wiadomość była od Dagmary.
*Wszyscy w kąplecie jedziemy do naszej królewny. Będziemy za pół godziny.*
Wiadomość przyszła 10 min temu. Morgana miała 20 minut, żeby się przyszykować, wymknąć się z domu i dojść na przystanek. Może zdąrzy.
Ostatni SMS był od Moon'a.
*Słyszałem, że jesteś chora. Co się dzieje?*
O, nie. Jeszcze tylko tego brakowało.
*Trochę źle się czułam, ale już dużo lepiej.* - odpisała.
Po chwili IPhone zadzwonił.
-Tak, słucham. - zaczęła.
- Cześć. - odezwał się znajomy męski głos.
- Hej. - odpowiedziała niepewnie. Nie wiedziała do końca, kto to mógł być.
- Jesteśmy już niedaleko. Czekasz?
Aaa... To Dante.
- Trochę... zaspałam, ale niedługo przyjdę.- odpowiedziała.
- Oj, śpioszku. - zaśmiał się i zakończył rozmowę. Miał taki uroczy śmiech...
W pośpiechu ubrała się i zeszła na dół. Miała już wychodzić, ale zatrzymała ją mama.
- Gdzie Ty się wybierasz? Przecież jesteś chora.
- Już czuję się dobrze. Spacer mi dobrze zrobi. - próbowała się wykręcić.
- No dobrze. Idź.
Cudownie! Wszystko poszło po jej myśli. Wyszła z domu i jak najszybciej poszła na przystanek. Właśnie podjechał autobus. Wysiadało z niego wiele ludzi. Morgana niecierpliwie czekała na przyjaciół. W końcu wyszli. Wszyscy: Dante, Teresa i Dagmara. Dziewczyna nie przywitała się z nimi tylko kazała biec za sobą. Kiedy znaleźli się w całkiem sporej odległości od przystanku zatrzymali się.
- Cześć, kochani. Wybaczcie, ale tamten przystanek znajdował się blisko mojej szkoły. Powiedziałam, że jestem chora, więc... sami rozumiecie. - po czym podeszła do Dagmary.
- Muszę przywitać się z każdym z osobna. Chodź, Daguś moja! - przytuliła mocno dziewczynę i pocałowała w policzek.
- Moja Ty! Tęskniłam strasznie.-powiedziała Dagmara i przytuliła Morganę jeszcze mocniej. Następnie siedemnastolatka podeszła do Teresy. Dante'go zostawiła sobie na deser.
- Teresa! Widziałyśmy się niedawno, ale tak tęskniłam...- ścisnęła ją i także ucałowała w policzek.
- Ja też, myszko. - zaśmiała się. Potem podeszła do Dante'go.
- Heej. - nie bardzo wiedziała co zrobić. Chłopak był od niej wyższy o głowę. Zbliżył się i objął ją w pasie i przytulił mocno. Morgana czuła, że nie był to tylko przyjacielski uścisk. Odsunął się trochę i pocałował w policzek, bardzo blisko kącika ust. Dziewczyna udawała, że tego nie zauważyła.
- Chodźcie, pokaże Wam to miejsce. - zaprowadziła ich do lasku prowadzącego na cmentarz.
- I jak? - zapytała.
- Wow, super! - zawołała Teresa i usiadła pod drzewem.
- Tak, bardzo fajnie. - Dagmara dołączyła do Teresy.
- Nasze klimaty. - zaśmiał się Dante i usiadł pod drzewem naprzeciwko. Wszystkie dziewczyny zaczęły się śmiać.
Las był ciemny, mroczny. Tylko gdzieniegdzie słońce prześwitywało przez liście. W oddali można było dostrzec groby z cmentarza. Morgana i jej przyjaciele lubili takie miejsca.
Nastolatka usiadła obok Dante'go. Długo rozmawiali. Zrobił się wieczór. Ochłodziło się.
- Troszkę zimno. - zazgrzytała zębami Morgana. Chłopak zdjął z siebie kurtkę i okrył nią swoją towarzyszkę.
- Lepiej? - zapytał patrząc jej w oczy.
- Tylko trochę. - nadal się trzęsła. Osiemnastolatek objął dziewczynę zdecydowanym ruchem i przyciągnął do siebie. Miał zawsze bardzo ciepłe ciało. Morgana wtuliła się w niego i od razu zrobiło jej się cieplej. Teresa i Dagmara nie zareagowały na to, bo Dante zawsze pomagał ludziom w potrzebie i było to u niego normalne.
Cały czas rozmawiali. Opowiadali co u nich i śmiali się.
- Może przywrócimy nasze co tygodniowe, no wiecie... rytułały? - zapytała Dagmara.
- Dobry pomysł, więc musimy się spotykać przynajmniej raz w tygodniu. - stwierdzili wspólnie.
W tej chwili do Morgany przyszedł SMS. Odsunęła się od chłopaka i odczytała wiadomość.
*Idę na cmentarz. Jestem w lasku. Przypominam sobie nasz spacer.*
Od Moon'a.
Na pewno ich spotka. Będzie musiała to wytłumaczyć.
- Posłuchajcie. Zaraz pojawi się tu mój kolega. Idzie na cmentarz, do taty. Na pewno nas spotka. Nie mamy czasu uciekać. Mówcie jak najmniej. Ja wszystko załatwię. - powiedziała zdenerwowana. Niedługo po tym pojawił się Moon.
- Morgana? Co tu robisz? Kim oni są? - zdziwił się.
- Hej, Moon. To moi przyjaciele ze starej szkoły. Byliśmy na spacerze i zatrzymaliśmy się tu, aby odpocząć.- wyplątała się.
- No dobrze. - podszedł do niej i pocałował w policzek. Dante spojrzał na niego wzrokiem mordercy. Następnie Moon przywitał się z Teresą i Dagą, podając im rękę. Przyszła kolej na Dante'go. Moon wyciągnął do niego dłoń, ale ten nie uścisnął jej. Powiedział tylko ciche ,,Siema." patrząc na niego groźnie.
- Idziecie ze mną? - zapytał Moon. Był podobny do paczki ubiorem, ale różnił się charakterem.
- Zaraz musimy iść, niestety. Na autobus. - odparła Teresa.
- Poczekajcie, odprowadzę Was. Tylko skoczę na cmentarz. Zaraz wracam. - poszedł szybkim krokiem.
- Lubisz go? To jakiś kretyn. - powiedział Dante do Morgany.
- Jest trochę denerwujący, ale wydaje się być miły. - odpowiedziała.
- Ja go polubiłam. - powiedziała Teresa.- Przystojniak.
- Ja też. - zawtórowała Daga.
Kilka minut potem wrócił Moon. Poszli razem w stronę przystanku. W pewnym momencie Moon i Morgana zostali w tyle. Chłopak chciał złapać ją za rękę, ale ona przyspieszyła kroku i szła koło Dante'go, który ją objął. Role odwróciły się. Teraz Moon patrzył na Dante'go wzrokiem zabójcy. W końcu doszli na przystanek. Przyjechał autobus. Morgana pożegnała się ze wszystkimi, a Moon tylko z dziewczynami. Pojazd odjechał.
- Odprowadzę Cię. - powiedział chłopak.
Szli w milczeniu. On- nie chciał robić scen zazdrości, w końcu nie był jej chłopakiem. Ona- nie miała zamiaru się mu tłumaczyć. Była zła, że wgl się tam pojawił. Doszli do domu. Odeszła od niego bez słowa. W środku zapewniła mamę, że nic jej nie jest i poszła do siebie. Długo rozmyślała o całym dniu aż w końcu zasnęła.

Piszcie w komentarzach lub na moim ask'u kogo wolicie. Moon'a czy Dante'go?
Zapraszam :)))